sobota, 25 stycznia 2014

"Żyd", reż. Witold Mazurkiewicz, Kompania Teatr / Centrum Kultury w Lublinie.


Szedłem do Centrum Kultury w Lublinie, przyznam, licząc że Witold Mazurkiewicz na nowo odczyta dramat Artura Pałygi. Przeliczyłem się. Spektakl, uchodzący w Lublinie za premierę, posiada identyczną scenografię, co „Żyd”, tyle że z warszawskiego Teatru Rampa. Ba! Nie tylko dekorację! Jest niemal kopią warszawskiego przedstawienia. Ameryki tu nie odkrywam, zdarza się przecież, że reżyser stawia ten sam tytuł w różnych miejscach. W tym przypadku Mazurkiewicz jest tym bardziej usprawiedliwiony, bowiem dyrekcja warszawskiej sceny zdjęła mu „Żyda” z afisza. Dziwne to, bowiem przedstawienie było nie zgrane, ledwie z zeszłego sezonu. Ale podobnie postąpiono w Rampie z niezłym „Rajem” na podstawie scenariusza Krzysztofa Piesiewicza. Cóż – taki wybór dyrekcji warszawskiej sceny.

Mazurkiewicz rzecz postanowił więc pokazać w Lublinie. Niestety bez zmian. Ściągnął do tego projektu aktorów z poprzedniej realizacji (Kamila Boruta-Hycnar, Brygida Turowska,  Konrad Marszałek), a miejscowym aktorom: Michałowi Zgietowi i Jarosławowi Tomicy dał role dyrektora szkoły i księdza.

Dramat Artura Pałygi, którego bielska realizacja parę lat temu odniosła spory sukces skonstruowany jest dość prosto, można by rzec banalnie, podręcznikowo. Reżyserujący go w Bielsku-Białej Robert Talarczyk przeniósł akcję do salki gimnastycznej. W lubelskiej realizacji jest prościej: bohaterowie spotykają się w pokoju nauczycielskim. Bo oto do podupadającej finansowo szkoły ma przyjechać były mieszkaniec miasteczka, pisarz, który obiecał wspomóc placówkę. Dobrze by jednak było, by nosiła ona nazwisko jego ojca Mosze Wassersztajna – to niemal warunek uzyskania pomocy.

Do małej miejscowości, która przed wojna szczyciła się, że co drugi mieszkaniec był wyznania judaistycznego, przyjeżdża Żyd. Dyrektor szkoły zbiera kilku nauczycieli, by postanowić jak go przyjąć i czy propozycję zmiany nazwy szkoły w ogóle poddać pod rozwagę. Nauczyciele stanowią przekrój polskiego społeczeństwa: polonistka Jadwiga – polska inteligencja, anglistka – uosabia nowe pokolenie, niekoniecznie interesujące się historią, wu-efista to prosty chłopak ze wsi, prędko wychodzi z niego antysemita. Pałyga zgrabnie rozpisuje historię na kilka postaci. Jak chłop, wójt i pleban, tak tu potomek chłopstwa, potomkini mieszczaństwa, inteligencji, mają swoje przewiny. Dyrektor szkoły to przebiegły karierowicz, który świetnie funkcjonował w poprzednim systemie. Okazuje się, że w 1968 roku starał się usunąć z dyrektorskiego stołka osobę pochodzenia żydowskiego, by samemu je zająć. Co mu się zresztą udało. Na rozkaz komunistycznych władz wyrzucił ze szkoły działającą w podziemiu polonistkę, by po upadku komuny przywrócić ją do pracy. Wszyscy znamy takie osoby. Ksiądz – wiadomo – to przedstawiciel Kościoła.

W zasadzie każda z postaci jest winna, każda dołożyła swoją cegiełkę do muru dzielącego nas obecnie z żydowską kulturą i tradycją. Więcej – każdy z przedstawicieli narodu polskiego ma – wedle autora – krew na rękach. I tylko końcowe wyznanie win może cokolwiek zmienić. Zmienia w spektaklu na tyle, że wszyscy tańczą pieśń żydowską z podniesionymi w górę rękoma. Wiarygodne? Raczej nie bardzo. Sporo jest zresztą w tym spektaklu psychologizującego aktorstwa, sporo nietrafionych pomysłów, nietrzymania tempa opowieści. Gra aktorska też pozostawia sporo do życzenia. Kamila Boruta-Hycnar kreuje nauczycielkę angielskiego na jednym pomyśle głupiutkiego „lachona”, Wuefista grany przez Konrada Marszałka to taki imbecyl od pompek i skoku przez kozła. W tej wesołej gromadce wybija się jedynie postać polonistki Jadwigi (Brygida Turowska). Aktorka próbowała wnikliwiej zrozumieć motywacje, dokonać głębszej przemiany, jaka powinna się odbyć we wszystkich postaciach. Jadwiga, jak wspomniałem, została wydalona ze szkoły, z powodu przynależności do Solidarności. O Żydach milczała, o pogromach kieleckich, o Włodawie również. Zajmowała się odzyskiwaniem wolności dla... Polaków.

Cenię jednak pomysł, by warszawską realizację przenieść do Lublina. W tym tygodniu funkcjonariusze policji złapali tu mężczyznę rozklejającego antysemickie plakaty. I niby nic wielkiego, antysemitów w naszym kraju spora gromada, jednak w tym przypadku okazało się, że ów pan pracuje w Muzeum na Majdanku. Co więcej, plakaty wzywające do nienawiści na tle rasowym drukował na muzealnej drukarce. To w Lublinie antysemici malują sprejami gwiazdy Dawida przed domem Tomasza Pietrasiewicza, zastraszają go tylko dlatego, że w Ośrodku Brama Grodzka inicjuje działania mogące zbliżyć Polaków z Żydami.


Podjęte w dramacie Artura Pałygi tematy różnic, próby zbliżenia, ciężkiej, niełatwej, poplątanej historii kontaktów polsko-żydowskich wymagają osobnego artykułu. Na spektakl z pewnością powinny chodzić wycieczki ze szkół. Dobry to początek nauki o nas – narodzie, o naszych winach i o najnowszej historii.

2 komentarze:

  1. Dlaczego tylko Polacy mają skupiać się na swoich winach? Oba narody - i polski, i żydowski powinny zrobić porządny rachunek sumienia. A od Polaków wymaga się tylko przepraszania, oddawania, wypłacania. Też byliśmy ofiarami wojny, a Niemcy nie czynili nam takiego zadośćuczynienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie napisałem, że "tylko Polacy", zatem nie widzę sensu tego komentarza. Dodam, że Niemcy owszem czynili takie zadośćuczynienie, od przeproszenia biskupów po wypłacanie odszkodowań. Rozmijamy się w faktach widze.

      Usuń