poniedziałek, 27 stycznia 2014

„Rachatłukum”, reż. Sebastian Chondrokostas, Teatr Studio w Warszawie

fot. Krzysztof Bieliński

Marcina Bosaka po raz pierwszy oglądałem, gdy był jeszcze na studiach, w Akademii Teatralnej. Zagrał wówczas w „Żegnaj Judaszu” i zagrał nieźle. Młody, dobrze zapowiadający się student pokazał się w jednym z lepszych dyplomów z warszawskiej szkoły, w przedstawieniu, które mógłoby gościć na stałe w repertuarze niejednej warszawskiej sceny. Zagrał też ponad dekadę temu u swej obecnej dyrektor artystycznej w dyplomowym „Wiśniowym sadzie”. Oglądając kolejne podejście Agnieszki Glińskiej do dramatu Czechowa zastanawiałem się, jak Bosak zagrałby dzisiaj Trofimowa. Nie zagrał, nie było go w obsadzie. Potem, przez kilka lat oglądałem go w Teatrze Dramatycznym, dziś jest aktorem Teatru Studio. Po brawurowej głównej roli w „Ożenku”, w reżyserii Iwana Wyrypajewa przyszedł czas na monodram.

Grane na małej scenie stołecznego teatru przedstawienie, od samego początku zaskakuje doborem środków. Bosak, w rytm głośnej muzyki, biega i tańczy ze sztucznym penisem wystającym z rozporka, rzuca ostre, mocne teksty. Taki straszak lub ostrzeżenie dla bardziej wysublimowanej publiczności, decyzja reżysera by ochlapać widzów hedonistycznym podejściem do życia, traktowaniem kobiet przedmiotowo. Warto wytrzymać te pierwsze minuty, bowiem aktor szybko przechodzi do sedna opowieści.

Oto oglądamy Jana – człowieka, który wspomina swoją największą miłość, którą stracił. Szczegółowo opowiada o Oldze, od zapoznania do śmierci w szpitalu. On – artysta-rzeźbiarz, ona z dobrego domu. Na związek rzutują konflikty z matką, niechętną zamążpójściu córki. Olga w końcu rzuca Jana, odchodzi do innego, lepiej sytuowanego mężczyzny. Dzieje się to podczas poruszającej sceny wystawnego obiadu, na który zaproszono Jana. Goście siedzą przy stole, zatopieni w zdawkowych rozmowach, podczas gdy Olga flirtuje z mężczyzną w gajerku, wychodzi z nim do toalety. Jan w desperacji pędzi za nią i... uderza w twarz, rozstają się. Potem uprawia seks z przygodnymi kobietami, które dość barwnie nam-widzom opisuje. Wciąż tęskni za Olgą. Wiem, że to banalna, jak z taniego romansu historia. No, ale czy miłość nie jest w opisie banalna? Jakimi słowy opisać to prawdziwe, jedyne uczucie, to, które wspomina się całe życie, po którym pojawiają się jedynie substytuty?

Porównałbym „Rachatłukum” do „Nimfomanki” Larsa von Triera. I tu i tam (pisząc te słowa znam jedynie pierwszą część filmu) seks służy zaspokojeniu pierwotnych potrzeb, zabiciu uczuć, zapomnieniu, jest jak ukojenie. Pada w „Nimfomance” taki tekst: miłość to seks plus zdrady. Jan Wolkers, autor „Rachatłukum” dodaje: owszem, ale zdarza się niekiedy prawdziwa miłość. Jan przychodzi do Olgi do szpitala, gdy ta jest już umierająca, wygląda jak trup. Wciąż ją kocha. Zakochany hedonista, uwielbiający seks.

Spektakl grany jest, jak wspomniałem w małej przestrzeni. Aktor za partnera ma wyłącznie widzów. Zmiany miejsca wydarzeń symbolizowane są zmieniająca się barwą podłogi – kilkanaście różnokolorowo podświetlanych kubików, odbijających się w kilku lustrach. Jako rekwizyt, prócz sztucznego członka z początku przedstawienia, służy mu obrotowy fotel. Fotel, lustra, kolorowa podłoga i aktor. Aktor świetny, aktor dojrzały. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz