piątek, 24 stycznia 2014

"Jakiś i Pupcze (Smutna komedia)", reż. Piotr Szczerski, Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Recenzuje Mateusz Woźniak.

fot. Michał Andrysiak

Jakiś niesmak

Jakiś jest brzydki, samotny, płaczliwy, a przez to – zwyczajnie nudny. Rodzice jego, przerażeni wizją wygaśnięcia rodu, zwracają się z prośbą o pomoc do samego Boga. Pan Zastępów, ze znanym nam wszystkim wyczuciem absurdu i humoru, posyła zaprawionego w swym fachu swata. Recepta tego ostatniego wydaje się z początku genialna: skoro Jakiś jest paskudny, to bez trudu wystarczy go złączyć węzłem małżeńskim z równie odpychającą (i pełną chuci z racji frustracji seksualnej) dziewczyną imieniem Pupcze. Problem z głowy? Niekoniecznie. Jakisiowi bowiem brakuje uroku, lecz wybredności w doborze partnerki już nie. Odrzucony aparycją żony, nie potrafi zmusić się do erekcji i tym samym dopełnienić obowiązku małżeńskiego. Rodzina jednak nie zamierza tak łatwo odpuścić.

Levin nadaje dramatowi (przynajmniej póki nie zawodzi go inwencja, ale o tym później) tonację smutno-śmieszną, a przypadłość głównego bohatera jest tylko metodą i pretekstem do postawienia szeregu pytań. Czym jest tak naprawdę wspólnota rodzinna, kulturowa, religijna, jeśli nie pustą formą nastawioną wyłącznie na nieustanną reprodukcję samej siebie? Do czego sprowadza się sens małżeństwa, jeśli nie do czczego konwenansu i formy przymusu? Gdzie tkwi istota związku dwojga osób, zwłaszcza jeśli to nie związek konsensualny? I na czym faktycznie koncentrujemy swoje pragnienie? Co więcej, autor dokonuje próby osobistego rozrachunku i podróży w znane jego przodkom realia polskich Żydów. Imiona tytułowych bohaterów nie są autorskimi neologizmami, to jedyne polskie „słowa”, która Levin zapamiętał od swojej biegle władającą polszczyzną matki. Ta dwójka nieszczęśliwych odmieńców to niejako jedyne, co Levinowi pozostało z przeszłości.

Piotr Szczerski w swojej inscenizacji wybrał drogę minimalistyczną. W centrum sceny postawiono potężne, rozsuwane drzwi, a dynamikę poszczególnych scen określa rytuał ich ciągłego otwierania, zamykania, przymykania, przemieszczania się bohaterów przez próg. Główny punkt ciężkości położony został na grę aktorską. W tym miejscu wypada zauważyć i docenić jedną rzecz: głównego bohatera gra Dawid Żłobiński. Każdy, kto kiedykolwiek widział go na scenie, wie, że aktor, ze swoim cokolwiek młodzieńczym, nadekspresyjnym wizerunkiem, mógł jako Jakiś ukraść całe show. Lecz, co zaskakuje, występ jest równy i zespołowy. Krótko mówiąc: w kwestii aktorskiej jest na tyle poprawnie, na ile być mogło i trudno byłoby znaleźć poważniejsze uchybienia w samej inscenizacji. W surowcu dramatu – niestety jak najbardziej.


Nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż Levin w pewnym momencie zatraca proporcje i rozmienia dramat na drobne. Nerw opowieści zasadza się na miksturze pierwiastka ściśle komediowego z tragicznym. I o ile scena z wizytą u prostytutki jest tu ciekawie i mądrze poprowadzona (degradacja i upokorzenie obserwowanego przez krewnych Jakisia, dekonstrukcja męskiej fantazji o kobiecym ideale, smutna refleksja kurtyzany), to im dalej, tym bardziej dramat traci nastrój niegłupiej groteski na rzecz lekkiej, prostej farsy. I żeby to była chociaż farsa uzasadniona, a tymczasem… Scena z księżniczką? Niepotrzebna. Nagły zgon ojca Pupcze i jego pośmiertne wypowiedzi? Nieśmieszne. Niespodziewane pojawienia się Japończyków i „moralizujące” domknięcie wątku chciwego swata? Dodane na siłę, bez wpływu na całość. O ile w fazie początkowej sztuka posiada przyjemnie kameralną atmosferę, od połowy stara się z niej wyjść, nie do końca wiedząc, jak. Całość ratuje (odrobinę) finał. Bohaterowie ustawiają się koło siebie w pożegnalnej pozie. I wtedy, gdy Pupcze wieńczy sztukę pełnym ckliwej grafomanii monologiem, z pryszniców zamontowanych u góry sączy się pochłaniający wszystko gaz. Mikrokosmos polskich Żydów odchodzi bezpowrotnie, nałożenie elementu osobistego staje się dla autora zarazem uniwersalnym obrazkiem ludzkiej egzystencji – ulotnej, nikłej, „jakiejś”. Bez takiej pointy spektakl byłby wielkim rozczarowaniem.

Mateusz Woźniak - student filologii polskiej na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz