czwartek, 2 stycznia 2014

Felieton: Odwracanie kota ogonem

http://dannyboyy.org

Tydzień temu Piotr Ratajczak, dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu w swej emocjonalnej odpowiedzi pod tytułem "Felietoniki" wyszedł przed szereg i podniósł rękę, niejako przyznając się do kradzieży pomysłu na spektakl. Uznał widocznie, że tak, jak w postępowaniu sądowym, kara dla sprawcy, który się przyznał zostanie zmniejszona. Za ten gest bardzo mu dziękuję. Czekam na kolejnych dyrektorów, którzy pójdą jego śladem.

To, że jest problem na linii kontaktów dyrektor - reżyser dowodzi liczba komentarzy, którymi nasze teksty obrosły. W kolejnym felietonie sprzed tygodnia, pod tytułem "Znów o TEJ sprawie", wróciłem do tematu rozpoczętego w tekście "Taka sprawa...". W obu wypowiedziach zwróciłem uwagę na ważny problem, Ratajczak zaś przeglądając się w jego lustrze podjął niestety typową dla polityków strategię ataku na autora, na dziennikarza. Sądzi, zdaje się, że obrażając i wytykając mi złe intencje, zatuszuje problem. A problem dotyka wielu scen, bez wyjątku dobrych i złych. Ratajczak emocjonalnym i przyznam niezrozumiałym dla mnie gestem przyznał się, krzycząc gwałt się dzieje, biją, biją. Przy okazji wywołał mnie do tablicy, że niby to ja powinienem się teraz tłumaczyć, nie on. Ja, bom zwrócił dyrektorowi uwagę na temat istotny, toczący polskie teatry, temat okradania reżyserów z pomysłów. Zamiast gęsto się tłumaczyć, postawił mnie przed sądem opinii publicznej. By więc zachować właściwe proporcje odpowiem na tę garść wytoczonych w Ratajczakowej filipice zarzutów.

Felieton rządzi się swoimi prawami. Dla przypomnienia, definicja z Wikipedii: felieton to utrzymany w osobistym tonie, lekki w formie, wyrażający - często skrajnie złośliwie - osobisty punkt widzenia autora. Charakterystyczne jest częste i sprawne "prześlizgiwanie" się po temacie. Właśnie dlatego, że pisałem felieton, a nie artykuł śledczy, startujący do nagrody Grand Press, pozwoliłem sobie na lekką formę opisu dość śmiałego i karygodnego czynu jakim zabłysnął niedawno w środowisku dyrektor Piotr Ratajczak. Chociaż, jak utrzymuje, nie dokonał niczego niezwykłego. W swoim tekście podpiera się zdaniem anonimowego (sic!) kolegi, który twierdzi, że wiele razy oszukiwano go w podobny sposób, wielokrotnie oglądał swoje pomysły w cudzych realizacjach. Dyrektor Ratajczak twierdzi, że to norma, a ja uważam, że złodziejstwo.

Ratajczak zarzuca mi "tabloidyzację teatralnej debaty, pełnej insynuacji, złośliwości i hejterstwa, czynionych w myśl partykularnych interesów prywatnych i politycznych". Gdy tymczasem, by nie pisać o ludziach, nie linczować ich, kreślę obraz smutnego procederu kradzieży pomysłów, tylko nim się zajmuję. Miałem i mam, jak zawsze w pisaniu czyste zamiary. Czy muszę to udowadniać?

Ratajczak pisze, że felieton "Taka sprawa..." jest paszkwilem, plotką i coś tam jeszcze. Tymczasem mój tekst rozpoczął dyskusję na forach, na portalu społecznościowym, rozpoczął rozmowy. I to miał na celu. Tylko tyle i aż tyle. By wreszcie zacząć mówić o tym, by etyka była na pierwszym miejscu. By wreszcie dyrektorzy dostrzegli, że nie mogą się umawiać z reżyserem na realizację, po czym tekstu, który dopiero co poznali, przekazywać kolejnemu reżyserowi. Z tego co wiem, Ula Kijak kontaktowała się z Piotrem Ratajczakiem, nim jeszcze Joanna Bator uhonorowana została nagrodą NIKE. On tymczasem zaproponował bez jej wiedzy tę prozę innemu reżyserowi. A wystarczyłby telefon do Kijak, jakikolwiek sygnał. Nie wykonał go.

Mój dyskutant pisze, że spotkał się z reżyserami, którzy proponowali mu, już po kontakcie z Ulą Kijak, adaptację prozy Joanny Bator. I dodaje "Rozmowy nie zawierały koncepcji adaptacji ani konkretnych wizji." Zaskakujące. To tak wyglądają rozmowy dyrektora wałbrzyskiego teatru z reżyserami, których zaprasza, z którymi się spotyka? Od kiedy pomysłem jest sama literatura bez adaptacji i pomysłu na realizację? To po co w ogóle się spotykać? Czy może w ciemno zaprasza ich do pracy? Chyba nie, bo pamiętam nasze spotkanie, podczas którego reżyserka dość detalicznie wyjaśniała mu swoją koncepcję na spektakl.

Dyrektor Ratajczak pyta, "dlaczego jako osoba kierująca repertuarem danej instytucji, nie mam prawa wskazać konkretnego realizatora tekstu?". Oczywiście, że ma prawo. Ale istnieje jeszcze coś takiego jak dobry obyczaj. Kiedyś słowo dyrektora wiele znaczyło, było jak niepisana umowa. Zachowanie Ratajczaka udowadnia mi, że obecnie dane słowo znaczy już niewiele. Dyrektor wałbrzyskiej sceny umówił się na realizację i... zamilkł. Nie skontaktował się z reżyserką. O realizacji podsuniętego mu pod nos tekstu dowiedziała się od znajomego aktora. Może zapomniał ją poinformować?
W ostatnim akapicie filipiki autorstwa Piotra Ratajczaka pada pod moim adresem srogi zarzut. Autor, we własnym mniemaniu krystalicznie czysty, szkaluje mnie, sugerując jakże błahe motywy pisania o swoim nagannym zachowaniu. Insynuuje, jak niskie powodowały mną pobudki, by się zemścić za sytuację opisaną w felietonie "Taka sprawa...", którego stał się negatywnym bohaterem. A właśnie dlatego pisałem o sytuacji kradzieży pomysłu bez podania nazwiska Ratajczaka, bez nazwy wałbrzyskiego teatru, by nie zarzucił mi działania z tak niskich pobudek. Dyrektor jednak wie swoje. Sam się przyznał, sam się ujawnił. Wstydu nie czuje i odwraca kota ogonem.

Dlaczego starsi aktorzy i reżyserzy wspominają tak dobrze dyrektora Zygmunta Hübnera, którego dwudziestą piątą rocznicę śmierci właśnie obchodzimy? Otóż dlatego, że potrafił z nimi rozmawiać, nie zajmował się li tylko zamawianiem spektakli, lawirowaniem, kluczeniem, przesyłaniem tytułów proponowanych przez jednego reżysera kolejnemu. Dlaczego tak dobrze wspomina się dyrekcję Piotra Kruszczyńskiego w Teatrze Dramatycznym im. Szaniawskiego w Wałbrzychu? Bo potrafił konsolidować środowisko, nie antagonizował.

Wolałbym oceniać pracę Piotra Ratajczaka, pisząc o premierach, które wystawia w różnych teatrach w kraju, czy o spektaklach, które produkuje u siebie w Wałbrzychu. Odpowiadam dziś Ratajczakowi, kończąc już ten temat, bo postawił mnie w roli winnego, który ma mu się tłumaczyć. Jest to głęboko niesprawiedliwe. Źle, fatalnie, nieetycznie zachował się dyrektor Ratajczak przekazując temat na spektakl innemu reżyserowi, nie kontaktując się z reżyserką, która temat mu podsunęła. Mam nadzieję, że kolejnego reżysera, z którym będzie się kontaktował potraktuje inaczej niż Ulę Kijak. Może wreszcie zadba o poprawną komunikację, nie będzie zwodził, czy składał pustych obietnic. Tego życzę z okazji rozpoczynającego się Nowego Roku wizjonerowi wałbrzyskiej sceny. Niezmiennie życzliwy mu Bartek Miernik.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz