piątek, 24 stycznia 2014

Felieton: „Kodeks karny, art. 148. § 1.”

http://dannyboyy.org

Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.”

Na początku padają różne daty: rok 1966, ale jest i 2016. Zostaje przytoczony stosowny artykuł i suchy paragraf, przeczytany „na biało”. Słuchamy czterech opowieści kobiet skazanych na wysokie kary więzienia za zabójstwo.

Katarzyna Puerto Rodriguez uwielbiała żyć w luksusie. Związała się z Portugalczykiem Luisem. Cichy ślub cywilny wzięli w Polsce, zamieszkali we wsi Rogatka. Stanowili, jak mówi „przykładne małżeństwo” Luis bił ją, a ona jego zabiła.

Pamiętacie sen Raskolnikowa, te jego monologi, poczucie winy po dokonanej zbrodni, gdy zostaje się samemu w pokoju? O takiej winie mówi Mirosława Romanowska. W wieku dwudziestu lat spotkała swojego przyszłego męża. Pił wódkę, obracał się w złym towarzystwie, miewał przypadkowy seks. Miała misję: chciała go nawrócić na właściwą drogę. Codziennie, w piwnicy, była gwałcona. Katowana kobieta, żyjąca w małej, klaustrofobicznej społeczności postanowiła zabić męża ze wstydu. Poczucie wstydu, karcący wzrok sąsiadów, odwracanie się na ulicy, przechodzenie na druga stronę chodnika, obgadywanie, szepty – z tym zmagają się mieszkańcy niewielkich miejscowości. Nie chciała, by ktoś się dowiedział, że była gwałcona. Przyznałaby się wówczas do bycia ofiarą. Ukryła zwłoki w kurniku.

Ewa Kowalska o więzieniu mówi „przetrwalnia”. I dodaje: „jestem normalną kobietą”. O tym, że zabiła starszą lichwiarkę (sic!) powiedziała mężowi. Oczywiście, w swej opowieści nie przyznała się do planowania morderstwa. Wedle zasady że siedzący w więzieniu jest według siebie niewinny, stara się wybielić. Ewa w więzieniu czuje się, jakby była w pracy zagranicą. Granicę wyznaczają kraty. Ta prosta kobieta opowiada o swej szafie pełnej cuchów, bo wychodząc na przepustkę myśli o tym w co się ubrać. Opisuje siebie jako „silną, mocną, spokojną”. Innym głosem zostaje przeczytana prawda o jej zabójstwie: lichwiarka zmarła w wyniku uduszenia. Ewa wspominała tylko, że uderzyła stołkiem.

Małgorzata Połczyńska wraca do dzieciństwa: opisuje śmierć zwierząt domowych, dręczenie psa. Ma miły, słodki głos osoby godnej zaufania, takiej Loretty z „The Curse Of Millhaven”. Małgorzatę – już świeżo upieczoną lekarkę, pracownicy pogotowia określali jako sumienną. W pracy poznała Roberta – żonatego mężczyznę. Zostali kochankami. Wieczorem wywołała jego żonę z mieszkania. Zabiła wraz ze wspólnikiem. Nigdy nie przyznała się do zabójstwa.

Na koniec słuchamy wyczytywania, jak z akt sądowych: odbyła/odbywa karę, wyrok, motyw, narzędzie zbrodni. Jedna z nich miała profil na naszej-klasie, któraś wciąż stara się o zwolnienie warunkowe. Na koniec powtórnie przytoczono stosowny artykuł z kodeksu karnego.

Teatr od kilku lat penetruje historie więzienne, twórcy pracują z więźniami i więźniarkami, by wspomnieć tylko Łukasza Witt-Michałowskiego i jego prace w lubelskim więzieniu, czy Ulę Kijak (zresztą związaną z Teraz Poliż), która we wrześniu również w Lublinie reżyserowała „By było gdyby” z kobietami osadzonymi w areszcie śledczym. Słuchowisko „Morderczynie polskie” Grupy Artystycznej TERAZ POLIŻ premierę miało w Radiu Olsztyn. Autorką książki jest Katarzyna Bondy, adaptacją i reżyserią zajęła się Marta Miłoszewska, reżyserią radiową Jaromir Wroniszewski. Podoba mi się forma olsztyńskiego słuchowiska: prosta, bez muzyki, dźwięków, niekiedy, jak w tłumie nakłada się kilka głosów w tle, jakby każdy chciał mówić o aresztowanej kobiecie.

Dobrze, że w regionalnych rozgłośniach powstają słuchowiska na tak ważne społecznie tematy. Dobrze, że osadzonym oddano głos, nie szukano winy, słuchano ich opowieści. Interesujące wydało mi się szukanie motywacji zbrodni, kontekstu społecznego. Bo przecież zabójcy nie biorą się znikąd, nieraz, czego dowodem „Morderczynie polskie” to otoczenie, społeczeństwo, sytuacja doprowadza do tragedii. Brak pomocy, oparcia, zwykła głupota. Bonda, a za nią Miłoszewska nie oceniają, nie zwalniają od winy, szukają, wnikliwie słuchają tych kobiet.


To mój ostatni felieton pisany dla serwisu e-teatr.pl. Przynajmniej na razie, bo przecież nie wiadomo, co przyszłość przyniesie. Przez równo rok udało się dotknąć tu paru ważnych tematów dla polskiego życia teatralnego, parę dyskusji rozpalało do czerwoności. Wciąż uważam, że najważniejsze to być szczerym i sumiennym w wykonywanej pracy. Nie żegnam się definitywnie, bo kolejne cotygodniowe, piątkowe felietony pisał będę na własnym blogu, dokąd serdecznie Państwa zapraszam (miernikteatru.blogspot.com). A może nie tylko na blogu? Zobaczymy. O hejterach i internetowych trollach obiecałem sobie nie pisać już parę miesięcy wstecz. Obietnicy dotrzymuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz