środa, 4 grudnia 2013

„Wolna Trybuna”, reż. Paweł Wodziński, Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie, Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku, Fundacja „sztuka.idea.”

fot. materiały prasowe Instytutu Teatralnego


Kilka lat temu stołeczni radni wpadli na niezły w sumie pomysł, by w parku nieopodal Pałacu Kultury i Nauki ustawić mównicę. Każdy obywatel mógł tam stanąć i spokojnie wyartykułować lub wykrzyczeć swój obywatelski sprzeciw wobec urzędników czy to miejskich czy państwowych.

Rynsztok od lat zalewa internetowe fora. Na Krakowskim Przedmieściu czy pod Metrem Centrum spotykamy mieszkańców wykrzykujących, gdzie mają Tuska, a gdzie Grodzką. Mównica nie sprawdziła się. Pewnie z racji usytuowania, poza głównymi trasami. Może gdyby była bardziej moblina, przestawiana raz pod Pałac Prezydencki, raz pod Kancelarię Premiera, innym razem pod Sejm, może by przyciągnęła rządnych uwagi warszawiaków.

Jest w polskim społeczeństwie, nie odkrywam tu Ameryki, jakieś takie ciśnienie, by się koniecznie na każdy temat wypowiedzieć, by upomnieć, wykrzyczeć niezgodę na rządzących, na sąsiada spod piątki i ochroniarza w sklepie. Awanturujemy się na każdym kroku.

Paweł Wodziński przeczytał „Wolną Trybunę” Christiana Skrzyposzka, napisaną i wydaną w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych i postanowił ją wystawić. Do spektaklu (zdarzenia performatywnego?) zorganizowano casting na wykonawców, role podzielono między amatorów a uznanych aktorów. Przestrzeń to kilka klitek, zbudowanych ze sklejki. Maleńkich, z drzwiami, którymi wchodzą mieszkańcy miasta by opowiedzieć do mikrofonu, co ich boli, jakie mają lęki, jak funkcjonują w nowej rzeczywistości. Wodziński odkleił PRL-owską łatkę (w powieści władze z okazji 50. lecia Polski Ludowej stawiają tę niby wolną trybunę, by dać mieszkańcom możliwość rzekomo swobodnego wypowiadania się, taką mikro-przestrzeń wolności). W spektaklu, zamiast maszyn do pisania w klitkach ustawiono krzesła i mikrofony. Wyłączone mikrofony.

Aktorzy wychodzą od strony widowni lub prosto z korytarza Instytutu Teatralnego. Przechodzą przed widzami. Opowieści jest multum. Ktoś wraca, by coś jeszcze dopowiedzieć, kolejnego oglądamy tylko raz, emerytowana nauczycielka boleje nad upadkiem pięknego, literackiego języka polskiego. Drwiąc z beznadziei, zachwaszczenia mowy ojczystej, sama zaczyna używać słów powszechnie uważanych za wulgarne. Zapada w pamięć opowieść starszego profesora, który opowiada, ile z żoną zarabiają, ile wydają i ile im zostaje do pierwszego. Zapamiętuje się historię szykanowanego transwestyty, któremu służby specjalne nakazują śledzić młodego człowieka.

Opowieści niestety nakładają się na siebie. Zabieg to ciekawy, mający pokazać naturalność tych narracji. Z tym, że nakładając je po raz dziesiąty, reżyser musi mieć świadomość, że historie stają się niezrozumiałe. A przy trzeciej godzinie spektaklu rzutki zabieg już nawet nie nudzi, a irytuje. Myślę też, że prezentując „Wolną Trybunę” sprawdziłby się wariant mniej oficjalny, burzący granicę widz/aktor, z inaczej zaaranżowaną widownią. Podobno, gdy „Wolną Trybunę” prezentowano w Trójmieście, ktoś z inaczej, mniej formalnie ustawionej widowni wstał i wszedł do jednego z pomieszczeń. Stwierdził, że tak należy, ktoś inny zapalił papierosa.

Niemniej, „Wolną Trybunę” uważam za ważne i potrzebne wydarzenie. Niewygodne, pokazujące jak niewiele zmieniliśmy się jako społeczeństwo, jak brak nam wspólnotowości. Czy dziś możliwa byłaby jakakolwiek rewolucja, czy społeczne poruszenie, gdy żyjemy na odległych wyspach, w osobnych klitkach, prowadząc różne, prywatne narracje? Przecież brak nam porozumienia, symbole narodowe już nie jednoczą. Wychodzimy na ulice jedynie, gdy blokują nam internet – naszą trybunę wolności, gdzie wylewamy własne frustracje. Dajemy kilka złotych na coroczną zbiórkę charytatywną, wklejamy w klapę czerwone serduszko lub kupujemy ledwo się tląca świeczkę na wigilijny stół od Caritasu.

Kim jesteśmy? Wolnymi atomami? A Polska?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz