wtorek, 31 grudnia 2013

Boska Komedia: "Nietoperz", reż. Kornél Mundruczó, TR Warszawa

fot. Kuba Dąbrowski

Są takie spektakle, z których formą głęboko się nie zgadzam. Cenię jedynie pracę aktorów, a czasem tylko jeden kostium, detal scenografii. Bywa jednak i tak, że prócz reżyserskiego pomysłu, przedstawienie mnie zachwyci: grą aktorów właśnie, scenografią, rytmem, tematem. Tak jest z „Nietoperzem” z TR Warszawa.

Cieszę się, że podczas ostatniej edycji festiwalu Boska Komedia to właśnie warszawski spektakl otrzymał Grand Prix od międzynarodowego jury. Niby wszyscy wiedzieli, że będzie nieźle, po owacji na stojąco, po entuzjastycznych opiniach w foyer, pełnych zachwytu. A jednak na mocno obsadzonym festiwalu takie docenienie, owszem bardzo dobrego spektaklu, to spore zaskoczenie.

Temat eutanazji. Prywatna klinika gdzieś z dala od centrum miasta, na jakimś pustkowiu. Wewnątrz kolorowo, trochę kiczowato. Sporo starych mebli, bibelotów, łóżka oddzielone od siebie białymi zasłonami. Zarządzają tym biznesem szef kliniki, cyniczny profesor (Adam Woronowicz), jego asystentka, z którą ma romans (Małgorzata Buczkowska) i lekarz (Rafał Maćkowiak). Zachwyca ich gra aktorska. Na „Nietoperza” warto się wybrać dla kilku naprawdę wspaniałych ról.

Do kliniki przyjeżdża Gustaw Sokołowski (Sebastian Pawlak). By umrzeć. Aktor gra osiemdziesięcioletniego starca na wózku, którego jedyną ekspresją stał się głos (sparaliżowana twarz pozbawiona jest mimiki) i słowa, język. Tembr i drżenie głosu niosą szczególne emocje, gdy czyta ostatni, pożegnalny i motywujący swoją decyzję list. Pawlak gra wyśmienicie, zresztą podobnie jak Agnieszka Podsiadlik, kreująca postać jego żony. Zimna nieco wyniosła, nie potrafiąca się wzruszyć, zapanować nad sytuacją, w której się znalazła. Inaczej niż ich córka (Roma Gąsiorowska), która nadekspresją, płaczem, wręcz szlochem reaguje na odejście obojga rodziców, gdyż matka postanowiła umrzeć wraz ze swoim mężem. Śmierć matki, żony Gustawa powoduje kryzys u asystentki profesora. Dostrzega ona, że w naciągany sposób wymyślono choroby, na które cierpi, aby zarobić pieniądze na śmierci zdrowej kobiety.

To ostatnia doba funkcjonowania tej, nazwanej szumnie, kliniki. Ostatni tak zwany zabieg, czyli podanie doustnie trucizny zatrzymującej funkcje życiowe. Profesor licytuje sprzęt placówki
(widzowie mogą nabyć odśliniacz) i wyjeżdża. Asystentka ma opory, nazywa go mordercą, zostaje. Do kliniki przyjeżdża kolejna para – chory Łukasz (Dawid Ogrodnik) z opiekującą się nim, wierzącą w Boga i religijną dziewczyną (Justyna Wasilewska).

Właśnie, gdzie w tym wszystkim jest Bóg i religia? Kornél Mundruczó stawia pytania: czy sami decydujemy o sobie, jakie są skutki postawienia człowieka w centrum, co niesie za sobą możliwość popełnienia samobójstwa kiedy się zechce? Z drugiej strony w sposób mocny, ostry, konkretny pokazuje reżyser fizyczne ludzkie cierpienie. Mocno, jak w filmach von Triera „Idioci” czy „Przełamując fale”. Tam aktorzy spastykowali, udawali, tu też udają, jednak zbyt przesadnie. Szczególnie widoczne jest zagrywanie się w cierpieniu przez Dawida Ogrodnika. Śliniący się, bełkoczący, machający bezładnie rękoma aktor staje się karykaturą chorego. Miał być wyciskaczem łez i emocji dla widza, a stał się przesadną parodią.


Do reżysera miałbym zarzut o formę, o wymieszanie poważnego tematu z przegiętymi do bólu scenkami turpistycznego pokazywania chorych, niepełnosprawnych na wózkach. Zmieszania tego z wesołymi, w kiczowatej choreografii śpiewanymi piosenkami, z rytmami „Zemsty Nietoperza”. A oszczędniej w środkach to często mocniej w emocjach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz