niedziela, 29 grudnia 2013

"Nastasja Filipowna", reż. Andrzej Domalik, Teatr Ateneum w Warszawie.

fot. Bartek Warzecha

Rogożyn i Myszkin. Jeden oparty o lewą ścianę, drugi po przeciwnej. Mała scena, z osiemdziesiąt osób, klimat zamknięcia, aktorzy szepczą. Obaj stoją na widowni, Rogożyn pół metra ode mnie. Za ścianą, za filarem, niewidoczna Nastasja Filipowna. Martwa. Jednego kochała, drugi chciał z nią być. Ta słynna rozmowa z „Idioty” Fiodora Dostojewskiego, wystawiona trzydzieści siedem lat temu przez Andrzeja Wajdę, w jego adaptacji. Są takie teksty, tak pełne napięcia, tak gęste, że się nie starzeją. I mimo, że teatrem targają różne mody, mimo że dziś tak się już nie gra w modnych polskich teatrach, aktorzy tak nie psychologizują, to ja chcę takiego teatru.

Zaczyna się od kobiety, od wyjaśnienia, dlaczego znalazła się u Rogożyna, skąd, jak tu trafiła, co tu robi, jak się czuje. A pomieszczenie pełne jest już trupiego zapachu, Rogożyn zapalił kadzidełko, Kaszle co chwila, dusi się. Myszkin, wchodzi za filar, nie bardzo widzi Nastasję, wraca przerażony jej śmiercią. I zaczyna się ta jedna z wielu rozmów z Dostojewskiego, ta kalibru Aloszy z Fiodorem Karamazowem. Od kobiety, przez egzystencję tu na ziemi, po Boga.

Parfien i Lew. Gadają, milczą, gadają. Snop światła pada na obraz. Na nim trup. Akcji tu niewiele, wymiana krzyżyków, opowieść Lwa Myszkina, jak nabył wisiorek z krzyżem, jak przepłacił, jak go oszukano. Opowieść o tym, jacy podli są ludzie, ale jak ich należy kochać. Scena na krzesłach, obaj zwróceni do siebie twarzami, wspominanie zabitej Nastazji. Obaj chorzy, obaj na skrajnych emocjach. Ale tłumionych, wygasających, a nad ranem ledwie już odczuwanych.

Dorociński i Damięcki. Tu miałbym najwięcej pretensji. O wykonanie. Nieznośne zagrywanie się w tikach, przyruchach przez Marcina Dorocińskiego i niewygranie najważniejszych partii tekstu przez Grzegorza Damięckiego. Puenta, która powinna do niego należeć niknie gdzieś w mroku sceny, chociaż reżyser stworzył ładny, kojarzący się z Pietą obrazek. Najbardziej jednak razi niby tajemniczy Rogożyn Dorocińskiego, krzywiący usta w ten sam grymas, znów introwertyk (która to już ta sama kreacja?).


"Nastasja Filipowna" to przykład teatru, za jakim coraz bardziej tęsknię. Teatru intymnej spowiedzi. Występuje on w nadmiarze u naszych wschodnich sąsiadów, zaś repertuarach polskich teatrów pojawia się, ale najczęściej jako parodia psychologizmu i naturalizmu. W Teatrze Ateneum przez siedemdziesiąt minut słucham wymagającej skupienia opowieści. Oglądam porządnie wykonaną reżyserską robotę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz