czwartek, 5 grudnia 2013

„Książę i żebrak”, reż. Paweł Aigner, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Opisuje Kalina Filip.

fot. Natalia Giza

Akcja powieści rozgrywa się w XVI wieku, a aktorzy występują w kostiumach z różnych epok, zupełnie do siebie niepasujących. Byłoby to jeszcze do zniesienia, gdyby kostiumolog Zofia de Ines nie wykręcała się półśrodkami. Złote, srebrne i czerwone naklejki na przesadnie błyszczących tkaninach wyglądały tandetnie. Do tego jeszcze czerwone linoleum zamiast dywanu? Potworność.

Angielskie wstawki, typu „Taki śmiech, żeby damy… fun, fun, fun”, nie były zrozumiałe i zabawne dla młodej publiczności. Dowcipy i żarciki stawały się niekiedy żenujące. Zauważalna była próba stworzenia przez Pawła Aignera dwóch poziomów tekstu: jednego zrozumiałego dla dzieci, drugiego dla dorosłych. Efekt? Nieudolny.

„– Byłem raz w teatrze lalek. – A… to się nie liczy.” pada ze sceny. Krytykując kolegów po fachu, nie powinno się używać metod przez nich wykorzystywanych. W dwóch scenach widoczne są ewidentne nawiązania do estetyki typowej dla teatru lalek. W pierwszej scenie aktorzy stoją na scenie bez ruchu, niczym martwe lalki, manekiny. Zaś w scenie ucieczki Edward Tudor (Daniel Salman) biegnie po czarnym, animowanym materiale, imitującym drogę. A przecież odbiorcami spektaklu są w główniej mierze dzieci, których nie warto zniechęcać do różnych form teatru.

Co to za teatrzyk sobie urządzacie?!” Aktorzy obsadzeni intuicyjnie, nie do końca wykorzystują możliwości roli. W większości scen nie zostały też pokazane możliwości kreowania akcji. Scena pojedynku, mająca podnieść emocje i zainteresować młodą publiczność, stała się śmieszna, groteskowa, wręcz żenująca. Powtórzona sekwencja koślawych ruchów wypadła miernie. W opozycji znajduje się scena koronacji, angażująca widza w stu procentach. Zachwycająca i wzniosła, jedna z najlepszych scen w spektaklu.

Spośród zamieszania i chaosu panującego na scenie, wybija się kilka postaci. Przede wszystkim Janusz Łagodziński jako Król Henryk VIII. Scena, w której droczy się z dworzanami udając, że umiera, jest jedną z efektowniejszych. Król spada z łóżka, zastyga w pozach pozorujących upadek. Całej scenie towarzyszyła żywa reakcja młodej publiczności. Medyk/Podstoli/Yokel/Monster-Człowiek-Pies (Tomasz Bielawiec) to jedne z najlepiej wykreowanych postaci. Mimo drugoplanowości angażują widza w opowieść. Postacią, na którą warto zwrócić uwagę jest także Witold Kopeć obsadzony w potrójnej roli, jako Mark Twain/Burns/Marszałek Norfolk. Pojawia się głównie, jako narrator, komentator wydarzeń wychylający się z zapadni, z kulis. No i oczywiście Daniel Dobosz (Tomek Canty), grający w Teatrze Osterwy ponownie rolę chłopca.

Ruchoma scenografia wykonana została ze starych drewnianych ram okiennych i drzwi oraz drzwi do kontenerów ze śmietnika. Nawiązywała w sposób bezpośredni do musicalu „Koty”. Temat z piosenki „Pamięć” oraz fryzura i kostium Pawła Kosa w jednej ze scen, nie pozostawiały wątpliwości co do inspiracji.

Muzyka Piotra Klimka i teksty piosenek Maliny Prześlugi są mocną stroną spektaklu. Teksty dowcipne, nie infantylne, jak to się zdarza w spektaklach dla dzieci. Ostatnia piosenka odnosi się do krytyki postawy współczesnego człowieka oraz władzy. Pełni rolę morału zawartego w spektaklu.

Młodzi widzowie uczestniczący w przedstawieniu tracą rozróżnienie między światem rzeczywistym a fikcyjnym, wchodzą w stu procentach w proponowaną konwencję. Dzieci odpowiadają na pytania retoryczne, zrywają się z krzeseł, gdy Tomek Canty spada ze sceny. Dotykają kostiumów postaci przemykających między rzędami, chcąc się upewnić, że bohaterowie są prawdziwi. Po dotknięciu aktora czy stroju wąchają dłonie, chcąc stać się w najwyższym stopniu częścią magicznego, ulotnego świata teatru. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz