środa, 11 grudnia 2013

"Kretyniejemy" - rozmowa z Arturem Tyszkiewiczem, dyrektorem artystycznym Teatru im. J. Osterwy w Lublinie.

fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

BARTŁOMIEJ MIERNIK Spotykamy się w wyjątkowym dniu, w Twoje czterdzieste urodziny. Spoglądasz w przeszłość z pewnej perspektywy, dokonujesz pewnie podsumowań. Chciałbym Cię namówić na podsumowanie życia zawodowego. W którejś rozmowie zażartowałeś, że na aktorstwo nie poszedłeś z powodu wady wymowy. A co Cię skłoniło, by zdawać na reżyserię?

ARTUR TYSZKIEWICZ Studia reżyserskie wybrałem świadomie. Reżyser może na scenie wykreować świat, zaproponować swoje tematy i porozmawiać z widzem w pełniejszym stopniu niż aktor, który najczęściej wtłoczony jest w rolę, staje się jedynie częścią całości. No, chyba że gra monodram. A reżyseria, mówiąc górnolotnie, pozwala mi wyrazić siebie, zaprosić widza do rozmowy na temat, który mnie boli lub interesuje.

MIERNIK Młody absolwent reżyserii po skończeniu studiów często nie ma pracy lub otrzymuje pracę niechcianą przy sztuce wybranej przez dyrektora, który przychodzi na próby. Ty miałeś ten komfort, że po studiach asystowałeś Erwinowi Axerowi i Maciejowi Englertowi w warszawskim Współczesnym. W jakim stopniu spotkania z tymi reżyserami wpłynęły na Ciebie? Bo Twoja estetyka jednak zasadniczo różni się do tej, której wierny jest Maciej Englert.

TYSZKIEWICZ Różni się. Englert i Axer nauczyli mnie przede wszystkim szacunku wobec tekstu. Wybieram autorów, którzy mają podobne do mojego spojrzenie na świat i zastanawiam się, co chcieliby przekazać widzom. Kolejne podobieństwo do moich mistrzów jest fundamentalne: ja w teatrze opowiadam historie. Wielokrotnie dostawałem od recenzentów po głowie, że mój teatr jest zbyt klasyczny. Opowiadanie historii było zarzutem.

MIERNIK Spora cześć krytyków uważa Twoje podejście za archaiczne.

TYSZKIEWICZ Niestety wiem. Od mistrzów przejąłem również zasadę, że to aktor jest medium, którym porozumiewam się z widzem. Z aktorem staram się pracować jak najrzetelniej, pomagam mu przygotowywać rolę, co też nie jest regułą w dzisiejszym teatrze. A przecież nie wypowiem się inaczej niż poprzez aktora. Oczywiście, scenografię, światła, kostium stosuję inaczej niż Maciej Englert. Ale istotę myślenia o teatrze mamy podobną: wypowiadamy się przez aktora. Teatr Axera w stosunku do jego mistrza, Schillera, był krańcowo różny pod względem środków inscenizacji, ale istota pozostawała ta sama.

MIERNIK Z aktorami Teatru Współczesnego w Warszawie pracowałeś najpierw jako asystent reżysera, by po paru latach rozpocząć tam pracę jako reżyser. I powstał fatalny spektakl pod tytułem Teremin.

TYSZKIEWICZ Zgadzam się z Tobą w ocenie tamtej porażki.

MIERNIK Co było jej powodem? Po sukcesie wałbrzyskiej Iwony, księżniczki Burgunda, nagrodach na festiwalach w Opolu, Katowicach i Radomiu oczekiwania w Warszawie były spore, a Tereminokazał się klapą. Pokładano w Tobie zbyt duże nadzieje? Przecież dostałeś świetnych aktorów, z którymi kiedyś pracowałeś jako asystent, znałeś ich od lat.

TYSZKIEWICZ Aktorzy, z którymi spotkałem się na próbach, tak bardzo przyzwyczaili się do pracy z jednym reżyserem, że ciężko im było zaufać osobie, która ma nieco inne założenia, otworzyć się na inną propozycję, mimo że ja pracuję dość klasycznie, tłumaczę motywacje i intencje postaci. Ale w realizacji zadań chyba się trochę z Maciejem Englertem różnimy. Duża część winy leżała też po mojej stronie. Wówczas nie byłem dość stanowczy, zbytnio ulegałem aktorom. I właśnie pułapką okazało się, że wcześniej pracowałem we Współczesnym jako asystent.

MIERNIK Co przecież powinno ułatwić Ci pracę.

TYSZKIEWICZ Niektórych aktorów traktowałem tam jak mistrzów, więc ciężko mi było przejąć kontrolę i zaprotestować na próbie. Wyobraź sobie, że w domu, przy uroczystej kolacji wstajesz, walisz talerzem i krzyczysz: „Dosyć tego, teraz będzie tak, jak ja chcę!”, gdy wokół ciebie siedzą starsi rodu. W Teatrze Współczesnym czułem się jak w rodzinie. Tuż po szkole teatralnej otrzymałem tam asystenturę i zostałem świetnie przyjęty. Byłem gówniarzem, który uczył się nie tylko, jak wygląda teatr na scenie, ale też jak wygląda w garderobach. Maciej Englert i Erwin Axer wprowadzali mnie w sytuacje społeczne, pokazywali, jak się żyje w teatrze. Englert niemal na siłę wstawiał mnie w obsady spektakli, bym chłonął życie teatralne. Podczas realizacjiTeremina nagle z rodzinnych więzi musiałem przejść w inną relację. Porażka Teremina wynikała z tego, że reżyserowałem spektakl w rodzinnym domu.

MIERNIK Czym zajmowałeś się pod koniec lat dziewięćdziesiątych, aż do 2005 roku, gdy w Wałbrzychu pokazałeś Iwonę, księżniczkę Burgunda?

TYSZKIEWICZ Całkowicie zrezygnowałem z teatru. Pisałem scenariusze programów telewizyjnych, pracowałem w firmie, która dystrybuowała filmy. Byłem osobą odpowiedzialną za dobór tytułów, które kupowano. Jeździłem po festiwalach filmowych, co mi się akurat podobało.

MIERNIK Czemu zraziłeś się do teatru?

TYSZKIEWICZ To był bardzo dziwny czas w polskim teatrze. Ostatnim moim spektaklem przed tą kilkuletnią przerwą był Skąpiec w Teatrze Powszechnym w Łodzi, który okazał się porażką. Uznałem wówczas, że muszę jeszcze trochę dojrzeć, by zacząć reżyserować. W 1997 roku w teatrach nie pracowali jeszcze młodzi dyrektorzy.

MIERNIK Pamiętny rok. Jarzyna, Warlikowski zmieniali polski teatr.

TYSZKIEWICZ Ale zmiana nie była jeszcze odczuwalna w teatrach pozawarszawskich. Gdy rozmawiałem z dyrektorami poza stolicą, w której absolwent reżyserii nie miał szansy debiutu, to traktowali mnie z góry, bo byłem młody. A jeśli już dyrektor zapraszał mnie do pracy, to do wystawienia lektury szkolnej, najlepiej w kostiumie z epoki. Pomyślałem, że jeśli mam jeździć po różnych egzotycznych ośrodkach teatralnych i robić lektury, to wolę inaczej zarabiać na życie. Skoro nie mam widzom nic do zaoferowania, nie mam możliwości rozmowy o istotnych problemach, to rezygnuję. I zrezygnowałem.

MIERNIK Czym w 2005 roku przekonał Cię Piotr Kruszczyński do powrotu, do reżyserowania Iwony, księżniczki Burgunda?

TYSZKIEWICZ Najpierw musiałem przekonać sam siebie, nie namawiał mnie, bym wrócił, to bardziej ja go namawiałem, by dał mi szansę. Do końca życia będę mu wdzięczny za to, że się zgodził i zaryzykował. Marzyłem o wystawieniu Iwony… Dla treningu umysłu, nie pracując w teatrze, wiele miesięcy siedziałem nad tym dramatem. Rozpatrywałem, jakbym go robił, gdybym wrócił do pracy w teatrze. Piotrek został dyrektorem w Wałbrzychu, gdzie zaczął odnosić spore sukcesy. Tam wystawiali Maja Kleczewska i Jan Klata. Pojechałem, porozmawiałem i zrobiłem czytanie performatywne. Piotr stwierdził, że jestem w niezłej formie i pozwolił mi reżyserować.

MIERNIK Później reżyserowałeś w Wałbrzychu Balkon Geneta. Następnie rozpoczęła się Twoja współpraca z Pawłem Szkotakiem i Teatrem Polskim w Poznaniu. A dziś jesteś kojarzony jako „ten od Levina”. Czemu Hanoch Levin?

TYSZKIEWICZ Ma paradoksalny stosunek do człowieka, który z jednej strony jest dla niego zbiorem mięsa, gówna, odchodów, wszystkiego, co brudne i złe, a jednocześnie jest w stanie osiągnąć kondycję anioła. Paradoks ludzkiego jestestwa jest dla Levina kluczowy: człowiek cielesny i anielski. Jednocześnie! Ciało ciągnie do ziemi, a dusza chciałaby go wynieść pod niebiosa. Ponadto, o sprawach ostatecznych, poważnych, smutnych pisze w sposób śmieszny, groteskowy. Znasz te dramaty i wiesz, jak świetnie są napisane. Widać, że Levin pisał je na scenę, a nie do szuflady. Napisał rewelacyjne role dla aktorów, a zwłaszcza dla aktorek, co w dramaturgii współczesnej jest dość rzadkie. Wiesz, on przy całej nienawiści do człowieka jednocześnie bardzo go lubił. Ta ambiwalencja mnie w Levinie fascynuje.

MIERNIK Wystawiłeś trzy jego teksty…

TYSZKIEWICZ …i zaprzestałem. (śmiech) Ale kiedyś zapewne do niego wrócę.

MIERNIK Gdybym miał jakoś nazwać Pakujemy manatki. Komedię na osiem pogrzebów Levina w Twojej reżyserii, lubelską premierę z zeszłego sezonu, to nazwałbym ten spektakl rozciągniętą do granic możliwości teatralną pauzą. Skąd ten, według niektórych upiorny, dla mnie doskonały, pomysł, by włączyć funkcję „slow” na reżyserskim pilocie, porozciągać akcję do granic percepcyjnych możliwości.

TYSZKIEWICZ Inspiracją było Do ciebie, człowieku Roya Anderssona. Zafascynowałem się filmem, w którym reżyser wprawił mnie w stan medytacyjny, stan kontemplacji codziennego życia. Czytając Pakujemy manatki, miałem poczucie, że te postaci już nie żyją w swoim małym miasteczku. Levin opowiada o ludziach, którzy są już po drugiej stronie. Jego obsesją był temat śmierci, zresztą moją też jest. Proponując taką formę przedstawienia, próbuję zatrzymać widza, który pędzi. By po wejściu do teatru musiał się zatrzymać, by zaczął kontemplować, zastanawiać się, by nareszcie miał czas. Strukturalnie w tej pauzie, o której wspominasz, jest też przemijanie.

MIERNIK I ja ten zabieg tak właśnie czytam. Tylko czy czytają tę intencję widzowie teatru, którego obecnie jesteś dyrektorem. Przyzwyczajano ich przez lata do innego tempa na scenie, nie do rozciągniętych pauz?

TYSZKIEWICZ To było ryzyko.

MIERNIK Czy Twoi widzowie w Lublinie są już przyzwyczajeni do takich formalnych zabiegów?

TYSZKIEWICZ W Lublinie muszę pokazywać różnorodny teatr, ale nie mogę rezygnować z ambicji. Możemy przygotowywać, co właśnie czynimy Księcia i żebraka Twaina, ale możemy też pokazać premierę Brzyka i Demirskiego czy Pakujemy manatki. Przekonałem się, że lubelska publiczność jest bardzo inteligentna. Masz fałszywe mniemanie, sądząc, że mieszkają tam osoby, które nie są w stanie docenić tego rodzaju zabiegów formalnych. Oczywiście, jako dyrektor teatru wiem, że Pakujemy manatki nie staną się hitem sezonu i nie będę miał kompletów na widowni. Ale uważam, że lublinianie powinni spotykać się też z takim rodzajem teatru.

MIERNIK Na scenie pokazujesz mieszkańców małej miejscowości, którzy wymierają. Czas stanął w miejscu, a oni wykonują te same czynności, zbierają się na kolejnych pogrzebach. Takimi wyludniającymi się miasteczkami Lublin jest otoczony. Zabrakło mi wyraźniejszego sygnału, że opowiadasz historię właśnie tych miasteczek.

TYSZKIEWICZ Bo chciałem pokazać historię bardziej uniwersalną. Wystawiając Levina, rezygnuję na przykład z kontekstów żydowskich, bo uważam, że to, co napisał, jest ponadnarodowe. W Pakujemy manatki zrezygnowałem na przykład z dwóch chasydów. Uznałem, że w kontekście małego sztetlu opowieść o nich będzie w Polsce kojarzyć się z holokaustem. A ten dramat nie jest o tragedii narodu żydowskiego. Levin ukazuje kondycję człowieka w każdym małym miasteczku, czy to pod Lublinem, w Izraelu, czy w Stanach Zjednoczonych. Dlatego tak jednoznacznie nie wskazywałem na Włodawę czy Kurów. I tak w autobusach, które są częścią scenografii, zbliżamy się do konkretu małej polskiej miejscowości. Pomiędzy nią a większą aglomeracją mieszkańcy poruszają się autobusami lub busikami. Dojeżdżają do Lublina, bo tylko tu jest dla nich praca.

MIERNIK Spektakl opowiadający o Lublinie obecny jest w repertuarze Teatru Osterwy. Mam na myśli Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł Pawła Demirskiego, w reżyserii Remigiusza Brzyka, premierę, którą zamykaliście zeszły sezon. Oglądałem ją pośród starszych ode mnie widzów, którzy zatykali uszy, zamykali oczy, nie mogąc słuchać wulgarnego języka, którym operują aktorzy. Rzucasz w Lublinie widzów na głęboką wodę, ale chyba tylko w ich mniemaniu. Bo rzucasz się na tekst już kilka lat temu prezentowany w teatrze, na estetykę i środki teatralne obecne w wielu teatrach zachodniej Polski niemal od dekady.

TYSZKIEWICZ Wcześniej pokazałem w Lublinie afabularną sztukę Na końcu łańcucha Mateusza Pakuły, która była swoistym probierzem. Wiem, że oba przedstawienia korzystają ze środków, które w Teatrze Osterwy dotychczas nie zaistniały. Ostatnim, który tu eksperymentował, był na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Kazimierz Braun. Oczywiście nie można tego teatru prowadzić jedną ścieżką i proponować widzom tylko takich sztuk. Gdybym tak działał, to moja kariera dyrektorska byłaby raczej krótka. Ale co jakiś czas chcę moim widzom zaproponować właśnie taki teatr. Oczywiście, że bałem się skandalu. W mieście Lublin skandalem stała się niedawno okładka informatora kulturalnego, którą poważnie rozpatrywano na sesji rady miasta.

MIERNIK Demirski pokazuje widzom lustro i zachęca: spójrzcie w nie, przyjrzyjcie się sobie. A obraz w lustrze piękny nie jest. Do teatru często przychodzą ludzie, którzy uważają, że rzeczywistość dookoła jest piękna, a jeśli nie jest, to w teatrze chcą ja taką zobaczyć.

TYSZKIEWICZ W Lublinie już nie tylko tacy widzowie przychodzą do teatru. Przychodzą i ci, którzy chcą usłyszeć prawdę. I historia opowiedziana mocnym, dosadnym językiem Pawła Demirskiego ma tu wielu zwolenników. Obawiałem się, że po premierze będą protesty, maile pełne oburzenia, ale nic takiego się nie wydarzyło, co oznacza, że publiczność doceniła szczerość rozmowy. Przecież Remigiusz Brzyk nie wybrał tego tekstu ot, tak sobie, z chęci rozbicia jakiegoś układu czy klasyczności miejsca, jakim był i może w pewnym sensie wciąż jeszcze jest Teatr Osterwy. On też potrafi świetnie pracować z aktorem. Żałuję, że Był sobie Polak… to sztuka małoobsadowa, ale spotkamy się z nim w pracy w następnym sezonie i mam nadzieję, że zaprzęgnie większą ilość moich aktorów do obsady.

MIERNIK Większą ilość aktorów, ponieważ nie posiadasz w teatrze małej sceny, co wymusza na Tobie granie sztuk wieloobsadowych.

TYSZKIEWICZ Czynimy starania o małą scenę i bardzo prawdopodobne, że w 2016 roku będziemy ją posiadać.

MIERNIK Do tego czasu możesz poszukać miejsca poza budynkiem teatru, wyjść w przestrzeń miejską.

TYSZKIEWICZ Jest tu niewiele przestrzeni, w których można zagrać, a jeżeli są, to zaanektowały je już grupy, które tam regularnie grają. Gdy przyszedłem do Teatru Osterwy, brak małej sceny nie był największym problemem. Istniała konieczność skompletowania zespołu, bo wielu aktorów odeszło wraz z poprzednim dyrektorem. A odeszli ci, którzy w każdym spektaklu grali główne role. Robiliśmy zastępstwa, szukałem nowych aktorów, na nowo zlepiałem spektakle, niektóre zdejmowałem z afisza, tworzyłem premiery na dużą scenę. Dopiero teraz, po dwóch sezonach, odczuwam brak małej sceny. Ale należy działać po kolei, bo jeśli człowiek rzuca się na wszystko, to może mu nic z tego nie wyjść. Skonsolidowałem zespół, mogę wreszcie powiedzieć, że mam już zespół aktorski. Ale masz rację, jesteśmy jedynym znanym mi teatrem tej wielkości w kraju, który nie posiada małej sceny, co jest oczywiście blokujące. Dajemy trzy premiery w sezonie, bo na więcej nas nie stać. I każda z tych premier musi być wieloobsadowa, ponieważ muszę zapewnić ludziom pracę.

MIERNIK W zeszłym sezonie zarówno Był sobie Polak…, jak i Napis były małoobsadowe.

TYSZKIEWICZ Skoro obcięto nam dotację, nie stać nas było, by wyprodukować jeden duży spektakl. Zrobiliśmy więc dwa małe. W tym sezonie mamy trzy wieloobsadowe premiery.

MIERNIK Proponujesz w Lublinie ambitne tytuły, a gdzie leży granica przyzwoitości, za którą jest już żenada. Czy Napis Géralda Sibleyrasa leży blisko tej granicy?

TYSZKIEWICZ Granica jest w momencie, gdy śmiech przeradza się w rechot. MaydaySzalone nożyczki czy Okno na parlament, czyli sztuki, których celem jest powodowanie rechotu, nie interesują mnie, i do tego poziomu, póki jestem dyrektorem, ten teatr nie zejdzie. Była potrzeba wyreżyserowania spektaklu dla szerszej widowni, lżejszego. Napis sprawdził się idealnie. Ludzie z chęcią przychodzą, by mądrze się pośmiać, bo to śmieszna sztuka, ale posiadająca bardzo poważne przesłanie.

MIERNIK W zeszłym sezonie obejrzałem też w Teatrze Osterwy Płatonowa, o którym jestem bardzo dobrego zdania, czemu dałem wyraz w recenzji. Lubię spektakle na podstawie klasyki, której tematy czyta się nowocześnie, pokazuje nowymi środkami, choreografią, która wątki fabularne wznosi kilka pięter w górę. Białorusini, którym w zeszłe wakacje puszczałem rejestrację tego przedstawienia, byli zachwyceni odmiennie postawionymi punktami ciężkości w spektaklu powstałym na podstawie znanej im niemal na pamięć sztuki. W Lublinie rzadko gracie to przedstawienie.

TYSZKIEWICZ Bo nie ma na nie publiczności. Płatonow przekroczył granicę zrozumiałości. Widzowie nie rozumieją, co dzieje się na scenie. Dla nich to zbiór luźno powiązanych ze sobą etiud, częstokroć ruchowych, które im się w nic nie łączą.

MIERNIK Łączy je pamięć Płatonowa, który odkrywa przeszłość, wprowadza postacie ze wspomnień, inicjuje działania na scenie.

TYSZKIEWICZ Co kompletnie nie przechodzi przez rampę. Spektakl jest niezrozumiały i mamy poważne problemy, by go grać, mimo obniżki cen biletów. W rozumieniu frekwencyjnym to całkowita porażka. Widzowie, którzy przychodzą obejrzeć Na końcu łańcucha, które też nie jest łatwe, którym podoba się Był sobie Polak…, nie przychodzą na Płatonowa.

MIERNIK Gdzie leży ta granica zrozumiałości? Widzowie mają pewne oczekiwania względem wystawiania Czechowa? Wciąż na ścianie ma wisieć strzelba, a Płatonow to playboy?

TYSZKIEWICZ Istnieje oczekiwanie komunikatywności i niektóre spektakle mimo trudnej formy nawiązują ten kontakt, a niektóre nie. Niektóre, mimo tworzenia na scenie celowej nudy, nie powodują u widzów znudzenia, a niektóre tak. Uprawianie teatru zawsze jest ryzykiem, również dla dyrektora. Agnieszka Korytkowska-Mazur, reżyserka Płatonowa, uniosła go w tak abstrakcyjne przestrzenie, że widzowie nie potrafili sobie tego poukładać.

MIERNIK Wciąż istnieje chęć dopowiedzenia sensu działania, konkretu scenograficznego i choreograficznego?

TYSZKIEWICZ Widzowie nie rozumieją przeładowania Płatonowa ruchem. Sporo osób mi mówiło, że ten spektakl jest odtańczony, a nie zagrany, że to już teatr tańca, że może należałoby pozbawić aktorów tekstu i postawić na sam ruch. Mimo tej porażki wciąż będę ryzykował i zapraszał młodych reżyserów, ale nie mogę stracić widowni.

MIERNIK W przypadku najnowszej premiery, Księcia i żebraka, podbierasz ją lubelskiemu teatrowi lalek.

TYSZKIEWICZ Ten spektakl tworzymy dla dzieci starszych wiekowo, nie ścigamy się z teatrem lalek. Dobrze, by młody widz przyzwyczajał się, że ma w swoim mieście teatr, by mógł go odwiedzić. Pamiętam z dzieciństwa, że wybieranie się do teatru dramatycznego zawsze było świętem, bo ta przestrzeń jest przecież niecodzienna. Niech młodzi widzowie oswajają się z nią. Nie sądzę, bym w najbliższych sezonach ponownie pokazywał spektakl dla dzieci. Bez obaw, nie rozpoczynamy nurtu dla dzieci i młodzieży. Chcę po prostu przybliżyć Teatr Osterwy młodemu widzowi.

MIERNIK A poważnie? Bo uważam, że robisz tekst Marka Twaina, przepisany przez Malinę Prześlugę, raczej po to, by podnieść frekwencję, która kuleje po Płatonowie.

TYSZKIEWICZ Frekwencję mamy bardzo dobrą, na poziomie osiemdziesięciu procent. Czemu traktujesz twórczość dla młodzieży po macoszemu? Uważasz, że to gest komercyjny? Trudno wystawić dramat Sarah Kane dla dwunastolatków. A chcę, by moją widownię stanowili również dwunastolatkowie.

MIERNIK Spektakle, które proponujesz, na ogół cenię. Jednak wciąż masz w repertuarzeNiewolnice z Pipidówki, Komedię teatralną i Boga, czyli przedstawienia wystawiane tu za poprzedniej dyrekcji, które utrzymałeś na afiszu. Pozostawiłeś w repertuarze spektakle diametralnie różniące się od tego, co sam proponujesz.

TYSZKIEWICZ Nie należy obrażać się na inną estetykę. Odpowiem ci najprościej: skoro na te spektakle wciąż przychodzi publiczność, to należy je dogrywać. Nie mam poczucia wstydu, że te tytuły nadal są w repertuarze, muszę przecież zachować różnorodność. Ale jak słusznie podejrzewasz, nie jestem ich specjalnym admiratorem. Niewolnice z Pipidówki ogląda publiczność, której nie uświadczę na przedstawieniu Na końcu łańcucha. Nie zrażajmy jednak ludzi do teatru. Jeśli ściągnę z repertuaru ulubione pozycje widzów, zaproponuję rażąco inną estetykę, to stracę publiczność, która dotychczas przychodziła. A może widzowie, którzy po raz któryś obejrząNiewolnice z Pipidówki, zdecydują się wybrać na Napis? Chcę pozyskiwać nową publiczność, ale nie tracić starej. Ten okres transformacji powinien być dosyć długi. Wiadomo, że te spektakle będą schodziły z repertuaru, będą je zastępować nowe. Nowy repertuar łagodnie przejmie starą widownię. Taki mam przynajmniej zamiar.

MIERNIK W tym sezonie w Osterwie znów pojawi się Szekspir.

TYSZKIEWICZ Paweł Łysak chce reżyserować Ryszarda III. Zaintrygował mnie sposobem, w jaki chce go wystawić. Nic więcej na ten temat nie powiem.

MIERNIK Ciebie z kolei zaprosił do Warszawy Tadeusz Słobodzianek, do wystawienia Nosorożca Ionesco. Sporo się niedawno pisało, dyskutowało o Teatrze Dramatycznym. Kilkunastu aktorów musiało stamtąd odejść. Środowisko teatralne odsądzało od czci i wiary dyrektorskie decyzje Słobodzianka.

TYSZKIEWICZ Znasz mnie trochę i wiesz, że ja od kilku lat funkcjonuję poza środowiskiem, więc wszelkie środowiskowe spory mnie nie interesują. Tadeusz Słobodzianek zaprosił mnie do teatru i nie interesuje mnie, w jakie spory jest uwikłany. Ja, zwyczajnie, robię swoje.

MIERNIK O czym będzie Twój Nosorożec? Bo chyba nie o totalitaryzmie?

TYSZKIEWICZ Będzie o totalitaryzmie masy, nie o totalitaryzmie politycznym. Grozi nam ujednolicenie, stajemy się jednakowi. Ludzie, pod wpływem głupich mediów, przestają formułować myśli. W metrze wszyscy dookoła mnie burczą jak nosorożce.

MIERNIK Porozumiewają się identycznymi kodami, kalkami…

TYSZKIEWICZ …i nie formułują już myśli w zdania. Przerażające, jak człowiek sam z siebie się degraduje, niejako na własną prośbę. Rezygnujemy z indywidualności. Zastanawiam się, czym dzisiaj jest człowieczeństwo. Telewizyjne wiadomości zaczynają przypominać szmatławiec, który epatuje informacjami, że matka zabiła dziecko, a ksiądz zgwałcił dziesięcioro parafian. Jak tego słucham, zaczynam się zwyczajnie wkurzać, bo świat tak nie wygląda. Ale ktoś uważa, że takie newsy mnie zainteresują, sprowadza mnie do poziomu debila. Kretyniejemy. I o tym właśnie chcę zrobić Nosorożca. Grozi nam totalitaryzm masy, brak samodzielności myślenia.

MIERNIK Posępna diagnoza. Dajesz widzowi nadzieję? Bo o ile pamiętam, to Ionesco nie daje.

TYSZKIEWICZ Ja również nie daję. Procesy, o których mówię, są nieodwracalne, ponieważ nakręcają je wielkie korporacje. Dzisiaj wszystko podlega sprzedaży. Nie ma człowieka, jest klient. W żargonie biurowo-korporacyjnym nie mówi się człowiek, tylko klient.

MIERNIK Petent, pracownik…

TYSZKIEWICZ …zasób ludzki, zarządzanie zasobami ludzkimi. Zmiany języka idą w niebezpieczną, orwellowską stronę. Ionesco nie pisał tego dramatu o wojnie. Pisał w związku z wejściem Francji w kolejną fazę kapitalizmu i przyspieszonego rozwoju społeczeństwa technologicznego. To, co obecnie dzieje się w Polsce, koresponduje z treściami Nosorożca.

MIERNIK Dziś są Twoje urodziny. Czy czterdziestoletni Artur Tyszkiewicz, który wyreżyserował sporo przedstawień, ma w Lublinie swój zespół aktorski, jest zadowolony z tego, co osiągnął? Czy właśnie tak wyobrażałeś sobie swoją karierę?

TYSZKIEWICZ Miałem niesłychane szczęście, którego wielu moich kolegów kończących studia reżyserskie nie miało. Mimo że w pewnym momencie odszedłem od reżyserowania na sześć lat i nie pojawiałem się w teatrze, to jednak do niego wróciłem. Nie przypuszczałem, że w wieku czterdziestu lat będę miał możliwość uprawiania zawodu, który bardzo lubię. Dyrektorzy innych teatrów chcą, bym u nich reżyserował, co odbieram jako wyraz uznania. A opatrzność obleczona w ciało Krzysztofa Torończyka dała mi możliwość posiadania własnego zespołu. Doceniam, że mogę w Lublinie reżyserować jeden spektakl w sezonie. Czuję, że rozwijam się tu jako reżyser, mogę eksperymentować. Cały czas idę do przodu.

MIERNIK A co mogłeś zrobić lepiej?

TYSZKIEWICZ Choćby kilka spektakli, które położyłem. W paru teatrach nie powinienem był reżyserować, mogłem wcześniej urywać współpracę. Popełniałem błędy, bo byłem za młody, za mało doświadczony. Mam krytyczny stosunek do swojej osoby. Wiem, które spektakle zrobiłem źle, ale wiem też, które dobrze, niezależnie od tego, co o nich sądzi krytyka. Parę przedstawień źle wymyśliłem, ale też parę bardzo dobrze. Wiesz, każdemu reżyserowi czasem nie wyjdzie spektakl, tylko nie każdy potrafi się do tego przyznać.

* tekst został pierwotnie opublikowany w miesięczniku 'Teatr" nr 12/2013

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz