niedziela, 15 grudnia 2013

"Każdy musi kiedyś umrzeć Porcelanko, czyli rzecz o Wojnie Trojańskiej. Spektakl Agaty Dudy-Gracz inspirowany "Troilusem i Kresydą" Williama Szekspira.", Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Recenzuje Mateusz Woźniak.

fot. Greg Noo-Wak

Pijana, lecz ludzka twarz Achillesa.

Przedstawienie rozpoczyna się już w chwili sprawdzania biletów. Dwa kroki dalej stoi mężczyzna z paczką. Losuję. Wyławiam niebieską kartkę. „Jest pan z Grecją”, słyszę wyjaśnienie. Dziewczyna za mną również. Kolejnej osobie los przydziela barwę czerwoną. Kolor ten oznacza Troję. Wchodzę na spektakl w atmosferze konsternacji i zaciekawienia. Czy czeka mnie interakcja z widzami? Jaka dokładnie? Dwie godziny później wychodzę z poczuciem, że Agata Duda-Gracz wycięła mi niezły numer. Interakcji, w sensie dosłownym, nie było praktycznie wcale. Równie niewiele pozostało z dramatu angielskiego klasyka. Troilus i Kresyda praktycznie nie uczestniczą w przebiegu wydarzeń, schodzą na trzeciorzędny plan.

Wszyscy wiemy jak to było z Parysem, Achillesem, Hektorem, Odysem i całą resztą bitnej ferajny spod murów Illionu. Ha! Wiemy? Od kogo? Od autora, którego nawet historyczności nie możemy być pewni? Z mitu, w którego autentyczność powątpiewali sami Grecy? Nawiązując do homeryckiego wzorca, autorka scenariusza poddaje oględzinom konwencję eposu bohaterskiego (to, wbrew pozorom, model kulturowo-mentalny, a dopiero później gatunek literacki!), a co za tym idzie – solidny kawałek naszego zachodnioeuropejskiego, cywilizacyjnego mindsetu.

Duda-Gracz, perfekcjonistka w kwestiach wizualno-przestrzennych, usadziła widzów tym razem przed czymś na kształt boiska sportowego. Scena została podzielona na segmenty, z których jedna połowa przypadła obrońcom grodu Priamowskiego, a druga achajskim agresorom. Zamiast standardowych foteli dla widzów, wokół sceny ustawiono trybuny. Ja siadam po stronie Grecji, obok legowiska Achillesa i wiem, że zobaczę zupełnie inny spektakl, aniżeli widz ze skrajnie przeciwnego punktu, ze strony trojańskiej, tuż obok Kasandry (rewelacyjny, gościnny występ Mai Kleszcz). Bohaterowie, nawet kiedy nie pełnią wiodącej roli na scenie-agonie, żyją własnym życiem: chodzą spać, jedzą, ogarniają poranną toaletę, uprawiają seks. Ich bytowanie wykracza poza ramy historii, wymyka się naszemu subiektywnemu, selektywnemu oglądowi.

Troja upada. Synowie królewskiego rodu są zniedołężniali i zmęczeni (za każdym razem, gdy spoglądam na Hektora, odnoszę wrażenie, że nawet gdyby nie zginął z ręki wroga, to najchętniej skoczyłby bez zastanowienia z okna). Pogrążony we wspomnieniach Priam bełkocze coś bez sensu, a jego wykluczenie z głównej, maskulinistycznej rozgrywki, zostaje podkreślone symbolicznie: odgrywa go nie mężczyzna, lecz kobieta. Grecja jest zdesperowana, brutalna, żądna pomsty na urażonej dumie. I bardziej... czadowa: pośród początkowych sekwencji uczestniczymy w rywalizacji pokroju Voice of Poland przeniesionej w antyczne realia. Kleszcz co prawda świetną wokalistką jest, ale to zaintonowana przez Achillesa plemienna pieśń bojowa zdobywa, udzielające się widowni, uznanie bogiń.

Jak przedstawia się sytuacja w „mojej”, helleńskiej drużynie? Ajaks to rozwydrzony i tępy megaloman, swój pobyt w obozie spędza na fizycznym treningu, psychicznym katowaniu czarnoskórego niewolnika oraz kopulacji. Aspiruje do rangi herosa, dotąd przydzielonej na wyłączność Achillesowi. Paradoksalnie, dekonstrukcja czyni Achillesa jedynym tutaj bohaterem, z którym umiałbym sympatyzować. Wkraczający w średni wiek celebryta przesiaduje z młodocianym kochankiem Patroklesem. Wspólnie jarają bongo, współżyją, kłócą się, nabijają ze współplemieńców. W samym środku wojny prowadzą normalną, pokojową egzystencję, niepozbawioną typowych dla kochanków swarów. W przedstawieniu Dudy-Gracz to Hektor, w swojej autodestrukcyjnej drodze ku pojedynkowi, staje się „tym złym”, obsesjonatem stojącym na posterunku, kosztem żony i pożartych z głodu trojańskich dzieci.

Odys to rola pozornie marginalna, a w istocie kluczowa. Władca Itaki, syn Laertesa, u Homera najprzebieglejszy spośród Hellenów, tu jest wzbudzającym śmiech i kpiny gamoniem. Zawsze w cieniu, zawsze przestraszony, zupełnie nieszkodliwy. Do czasu. W końcowej partii przedstawienia, gdy pastiszowa konwencja opada, odsłaniając horror wojennego okrucieństwa, Odys gwałci jednego z Trojańczyków. Scena przeraża tym bardziej, że pozbawiona jest nimbu wyrachowanego, przemyślnego zła. Duda-Gracz w tej jednej chwili ukazała realne oblicze konfliktu spod Troi: nie heroicznego zrywu jednoczącego achajskie plemiona pod wspólną, Agamemnonowską banderą, lecz gwałtu zarówno na poziomie dosłownym, jak politycznym. Pokazała inwazyjne wtargnięcie na cudzy obszar. Odys, obdarty z pozorów, staje się żałosnym awatarem greckiej przemocy.


Epilog przedstawia się tak: zinfantylizowany i jednocześnie sfeminizowany Priam wybiega poza mury, zwabiony maleńkim, drewnianym konikiem. Zapatrzony w zabawkę, pochłonięty bełkotliwym gaworzeniem, nie zauważa, jak achajska armia masakruje resztki jego poddanych. To, co zaczęło się Homerem i Szekspirem, kończy niejako Eliotem: „nie hukiem, a skomleniem”. No, ale grunt, że „moi” wygrali.

Mateusz Woźniak - student filologii polskiej na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz