czwartek, 28 listopada 2013

„Odprawa posłów greckich” Jan Kochanowski, reż. Ryszard Peryt, Teatr Polski w Warszawie. Opisuje Kalina Filip.

A co to za koń?!”

Na środku sceny stoi czarny fortepian, przy nim Włodek Pawlik. Punktowe oświetlenie podkreśla jego obecność na scenie. Fortepianowa melodia nie spełnia swej roli, rozprasza zarówno widzów jak i aktorów. W niektórych scenach znacznie utrudnia odbiór spektaklu. Piękno trzynastozgłoskowca Kochanowskiego zostało skutecznie zagłuszone i stłamszone. Poza scenami, w których podkreślone zostały kwestie wypowiedziane przez aktorów, poprzez ich muzyczne podbicie. I już nie wiem gdzie jestem, w teatrze, w operze czy na koncercie?

Aktorzy w kostiumach Doroty Kołodyńskiej, niczym ze świątecznych wstążek, kolorystyka również utrzymana w świątecznej tonacji, złoto, czerwień, fiolet, srebro, czerń. Szkoda, że nie rozdawano przy wejściu na widownię słodkich czerwono-białych laseczek i pierniczków mikołajków. Byłoby to pewne urozmaicenie, ponieważ gra aktorska również pozostawia wiele do życzenia.

Pięciu aktorów obecnych jest cały czas na scenie, niezależnie czy w danym momencie opowiadana historia angażuje ich postaci, czy nie. Niezaprzeczalnie, Marta Kurzak (Helena) i Szymon Kuśmider (Menelaus) skupiają uwagę całkowicie. Przez większość spektaklu Menelaus siedzi na proscenium, mimo, że milczy nie można zapomnieć o jego obecności. Sposób wypowiedzi, dykcja, modulacja głosem, przekazywane emocje sprawiają, że dzięki tej dwójce aktorów wydarzenia na scenie stają się zajmujące i emocjonujące. W scenach dialogowych postaci ustawione są do siebie w opozycji, po prawej i lewej stronie sceny. Natomiast monologi wypowiadane są na środku sceny. Monologi kończące kwestie Heleny i Menelausa porywają. Co ciekawe, w żadnej ze scen między bohaterami nie zachodzi interakcja. W scenach, w których brak Heleny i Menelausa można z nudów... chrupnąć pierniczka.

Na uwagę zasługuje fakt, że w postać Priama wcielił się debiutujący Tomasz Brzostek. Poziomem gry aktorskiej nie odbiegał od gry reszty kolegów. Obszerne kwestie w języku staropolskim były wyzwaniem dla młodego adepta sztuki aktorskiej. Trzeba przyznać, że sprostał zadaniu.

W spektaklu dalece widoczne są wątki polityczno-religijne. Po pierwsze kilka monologów Antenora (Bogusław Kierc), a zwłaszcza jeden, zdecydowanie odnosi się do krytyki obecnie rządzących. Po drugie, sprawa spalonej tęczy zawitała nawet do Polskiego, wywołując śmiech na widowni. Po trzecie, aktorzy śpiewają pieśni religijne „Kto się w opiekę odda Panu swemu” i „Czego chcesz od nas Panie?”, co w spektaklu odwołującym się do mitu o wojnie trojańskiej, wzbudza niejakie wątpliwości.

Ostatnia scena, w której wszyscy bohaterowie umierają, nie wywołuje oczekiwanych emocji, wzruszenia, skłania raczej do śmiechu. Leżące na scenie martwe postaci, na stole paląca się świeczka, liryczna melodia fortepianowa i ściemnienie świateł. Romantyzm, patos i groteska w jednym.

Niestety, piękno staropolszczyzny zapisanej przez Kochanowskiego trzynastozgłoskowcem zostało całkowicie stłamszone i rozproszone. Jeśli język jest wyznacznikiem tożsamości człowieka, powinno mu się dać swobodnie wybrzmieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz