piątek, 22 listopada 2013

„Liza”, reż. Łukasz Witt-Michałowski, Scena Prapremier InVitro w Lublinie. Opisuje Kalina Filip.

fot. Maciej Rukasz

Będę krzyczał

Petersburskie białe noce, tylko zmierzch i świt. Nie wiesz czy jeszcze jest dziś, czy już jutro. Nie śpisz. Jesteś rozdrażniony, nie jesz, włóczysz się bez celu ulicami miasta. Ludzie, budynki, uczucia – wszystko rozmyte, niewyraźne. Balansujesz na granicy realności i przywidzeń. I nie wiesz, co się zdarzyło, a co nie. Popadasz w obłęd? Nie całkiem, jeszcze nie, starasz się z nim walczyć. „Wielczaninow nie mógłby powiedzieć z całą pewnością, czy spał, czy nie.”

Spektakl pod tytułem „Liza” to thriller psychologiczny. Historia angażuje widza emocjonalnie w dużym stopniu. Atutem jest świetnie napisane przez Dostojewskiego i bardzo dobrze zaadaptowane przez Łukasza Witt-Michałowskiego opowiadanie pod tytułem „Wieczny mąż”. Akcja jest skonstruowana na zasadzie przyciśnięć i odpuszczeń. Widz ma czas, aby odetchnąć i przygotować się na mocne wejście. Wspaniale zostało wykorzystane i podkreślone narastające napięcie. Momentami ma się ochotę krzyknąć: „No, powiedz wreszcie!” albo „Uważaj!”, jak na dobrym horrorze bądź thrillerze w kinie. Denerwujesz się, zaczynasz być niespokojny.

Scenografia podkreśla atmosferę obłędu, stanu umysłu bohaterów. W czasie białych nocy panuje delikatny półmrok, natomiast scenografia i kostiumy aktorów mają kolor czarny. Scena została podzielona na trzy poziome części za pomocą czarnych, ruchomych, przezroczystych pasów materiału. Skromna scenografia tworzy atmosferę tajemnicy, niedopowiedzeń, których pełno w tekście. Aktorzy przechodzą między płachtami materiału, przesuwają je, kreują przestrzeń na scenie. Kilkakrotnie widza i aktorów dzieli jedynie delikatny, cienki materiał. Oglądamy niewyraźny obraz, nieco rozmyty. W jednej ze scen materiał imituje ścianę, przez którą z łatwością dostrzegamy co się za nią dzieje.

Gdzie jest granica ludzkiej wytrzymałości? Do jakiego stopnia można zadręczyć człowieka? Na te pytania starają się znaleźć odpowiedź twórcy spektaklu. Tytułowa bohaterka Liza (Dominika Padsiadła) to dziecko zamęczane przez ojca alkoholika. Obwinia on dziewczynkę o śmierć chorej matki. Poniża ją, dotkliwie szczypie, zostawia samą zamkniętą na klucz w pokoju, grozi że się powiesi. W świecie Lizy nie ma nic stałego. Nigdy nie wiadomo co się wydarzy i jaki tata będzie miał humor. W takim przypadku, każdy dzień zamienia się w uporczywą huśtawkę emocjonalną. Dla małego dziecka to zbyt wiele, nie potrafi dłużej stawiać czoła rzeczywistości. Zostawiona przez ojca w obcej rodzinie Liza rozchorowuje się. Mimo wszelkich starań nie udaje się jej wyleczyć. „Dziesiątego dnia od swojego przyjazdu na letnisko Liza umarła.” Ojca nie było przy niej, leżał gdzieś pijany. Postać Lizy stanowi studium przypadku dziecka wplątanego w niezrozumiałe sprawy rodziców, zmuszonego do szybkiego dorośnięcia. Dziecka zamęczonego przez dorosłych.

Paweł Pawłowicz Trosucki (Jarosław Tomica), ojciec Lizy, przyjeżdża po śmierci żony do jej kochanka, Aleksego Iwanowicza Wielczaninowa (Mariusz Bonaszewski). Nie do końca wiadomo czego chce Trosucki. Zemsty? Przeprosin? Od człowieka w obłędzie, targanego emocjami, z trudem można dowiedzieć się czegokolwiek. Czy to co mówi jest prawdą? Czy rozmówca musi czytać między słowami? Tomica stworzył bardzo przekonującą kreację. Mimika, gesty, ton głosu, sposób mówienia są spójne i wyraziste.

Mariusz Bonaszewski w pierwszych scenach był przekonujący i czytelny. Niestety, w trakcie rozwoju akcji stworzona przez niego postać staje się groteskowa i przerysowana. Wciąż krzyczy, nie różnicuje wypowiadanych kwestii, niezależnie od tematu wypowiedzi mówi w ten sam sposób. Jednak Aleksy Iwanowicz Wielczaninow zdaję się być mniej groteskowym i przerysowanym bohaterem niż Paweł Pawłowicz Trosucki.

Matylda Damięcka jako Klaudia Pietwona Pogorelcewa, kobieta opiekująca się zostawioną u niej Lizą, była zjawiskowa. Spektakl opierał się głównie na scenach z udziałem Tomicy i Bonaszewskiego, jednak sceny z udziałem Damięckiej były równie przejmujące. Zwłaszcza ta, w której aktorka gra na saksofonie. Jest to niezaprzeczalnie jedna z chwil, która wciska widza w fotel i zapiera dech. Siła i charyzma z jaką Damięcka wychodzi na scenę skupia na niej wzrok widza.


Historia opowiedziana przez Witt-Michałowskiego porusza i zachwyca. Długo nie potrafiłam otrząsnąć się po wyjściu z teatru. Dostojewski w konwencji thrillera psychologicznego porywa. Nie jest to kolejny, nudny spektakl z gatunku klasyki literatury rosyjskiej. To raczej spektakl czterech aktorów umieszczonych na scenie, w surowej scenografii, z napiciem sięgającym zenitu. Niesceniczność dzieła Dostojewskiego została pokonana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz