piątek, 15 listopada 2013

„Królowa Margot”, reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr Narodowy w Warszawie. Recenzuje Marcin Wasyluk

fot. Krzysztof Bieliński

Toksyczna rodzina, toksyczne państwo.

Na początku był ślub. Ach, co to był za ślub! Pan młody – protestant – Henryk – król Nawarry. Panna młoda – katoliczka – Małgorzata de Valois, także z królewskiego rodu. I wszystko byłoby dobrze, gdyby Małgorzata, zwana dalej Margot, tego ślubu chciała. Niestety. Zamiast sakramentalnego „tak” było, niezbyt delikatne, popchnięcie panny młodej w kierunku ołtarza przez jej brata – króla Karola IX.
    Tym mocnym akcentem rozpoczyna się sztuka „Królowa Margot” w Teatrze Narodowym, w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego. Mocnych akcentów w dalszej części akcji scenicznej nie brakuje. Rzecz się dzieje wśród... wyjatkowej rodzinki. Stosunki w niej podporządkowane są interesom jej członków. A charaktery… Cóż. Król – niedojrzałe dziecko bardziej zainteresowane polowaniami niż rządzeniem państwem. Kiedy wydaje rozkaz wymordowania wszystkich protestantów w mieście, robi to po to, żeby nikt nie mógł mu czynić wyrzutów. Matka – zimna i wyrachowana. Dla władzy jest w stanie zrobić wszystko. Oczywiście wmawia sobie, że wszystko robi dla synów. Bracia nie mają skrupułów, żeby wykorzystywać swoją siostrę – Margot. Zaś sama Margot nadmiernie korzysta z życia.
    Mocne są też, jak na XVI wiek przystało, czasy. Główna oś akcji toczy się wokół nocy św. Bartłomieja, w trakcie której wymordowano Hugenotów, zwabionych do Paryża obietnicą pokoju.
    Największy problem w tym przedstawieniu mam ze znalezieniem odpowiedzi na pytanie: po co ono powstało. Bryk z historii jest to marny. Reżyser nie trzyma się kurczowo faktów. Opowieść o mechanizmach władzy? Lepsze pisał Szekspir. A w tej realizacji, akcja ociera się o banał i raczej nie budzi zainteresowania. Historia dysfunkcyjnej rodziny? Tu mistrzem był Bernhard – realizowany zresztą kiedyś przez Wiśniewskiego.
    W całym pierwszym akcie brakuje energii. Sceny irytująco nie przechodzą jedna w drugą. Widać teatralne szwy. Problemem są także aktorzy. Danuta Stenka – zimna, surowa, czasem sobie pokrzyczy. Jednowymiarowa i bez emocji. Marcin Hycnar – świetnie gra króla, niedorosłego do swojej funkcji, ale gra go tak dobrze, że trudno uwierzyć w momenty gdy orientuje się, że to nie jest zabawa dla dzieci i próbuje podjąć jakieś działania. Margot (Wiktoria Gorodeckaja) w tej opowieści prawie nie ma. A gdy się pojawia – albo uprawia wolną miłość pozamałżeńską (nie opiera się nawet braciom), albo broni przed śmiercią męża (którym przecież wcześniej gardziła), albo – co już można zrozumieć – próbuje ratować kochanka. Każdy sobie gra niejako dla własnej przyjemności.

Po 140 minutach męczącego spektaklu – ostatnia, fantastycznie rozegrana scena nie robi już wrażenia. Długi pojedynek matki z synem, która orientuje się, że otruła własne dziecko (choć chciała wykończyć zięcia), pozbawia Karola złudzeń co do swojej rodziny, ale na działanie jest już za późno. Katarzyna płacze, ale jest gotowa dobić Karola, byle tylko nie dopuścić do tronu Henryka. Wreszcie zaczyna się coś dziać! W tym momencie objawia się także bezwzględność samego Karola, który rani swoją ukochaną siostrę, byle zachować sekret rodziny, której nienawidzi. Piętrzą się sprzeczne emocje i obłuda. Szkoda, że całe przedstawienie takie nie było. Zamiast iść do Teatru Narodowego, już lepiej obejrzeć film Patrice Chéreau z Isabelle Adjani z 1994 roku. Ona miała co grać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz