sobota, 2 listopada 2013

Felieton: Trzy groby

Jerzego Grzegorzewskiego pamiętam w kilku błyskach, w paru odsłonach. Dwukrotnie udało nam się dłużej porozmawiać o jego twórczości. Chociaż, po prawdzie, to co to była za rozmowa? Raczej wpatrywanie się studenciaka w wielkiego artystę i dukanie jakichś bezsensownych pytań z gulą w gardle. Dwukrotnie też przesadzał mnie na "Morzu i zwierciadle" i "Nie-Boskiej komedii", bym lepiej widział. Perspektywa odbioru jego obrazów scenicznych była niezmiernie istotna. Albo, pamiętam jesień w Śródmieściu, jak wolno posuwa się Mazowiecką, co chwila przystaje. Albo, jak wchodzi na swój spektakl, gdzieś od tyłu, na scenę przy Wierzbowej, którą wyjątkowo sobie upodobał i stoi ukryty w dekoracjach, obserwuje widzów, ich reakcje. Dzisiaj to scena jego imienia. Jak złości się, na kontrabasistę, który myli nuty w "Duszyczce". Złości się tak, że garstka widzów skryta gdzieś pod ulicą, w przejściu podziemnym, aż wstrzymuje oddech. Podobno w jednym z lokali na Chmielnej miał pseudonim Johnny Walker. Od wyjątkowo wczesnego wpadania na "coś mocniejszego". Myślę, że pasował do niego ten Walker - Spacerowicz. Takiego go wspominam, jak przemyka przy fasadach kamienic, zamyślony. Potem, już po jego śmierci chodziłem po śladach: po Łodzi, po ASP, rozmawiałem z profesorami i kolegami, siedziałem na herbatce w mieszkaniu siostry, pośród jego mrocznych, grubą farbą kładzionych obrazów. Chciał wrócić do malowania. Ale czy by potrafił? Na scenie, do końca potrafił komponować obrazy, instalacje. A może tak się tylko droczył, wolał oblać stearyną stary samochód i postawić pośrodku Malajkata? Sam nie wiem. Grzegorzewski - Odys na zgliszczach kultury.

Jerzy Koenig uwielbiał twórczość "Jurka". Od początku, od tego wczesnego Witkacego postawionego w połowie lat sześćdziesiątych na łódzkiej ASP. Pisał o nim z reguły dobrze. Przyjaźnili się. Koenig wobec swoich studentów był cyniczny, złośliwy. Pierwszy rok studiów to była absolutna nim fascynacja. Ale i jego nami. Dopytywał, kim jest ta Sarah Kane, co to ludzie na jej punkcie powariowali. Rugał nas, ale tak po ojcowsku, kolegę z roku złośliwie porównał do... swojej żony, bo nad wyraz kolega był krzykliwy. Kolega pisywał wówczas dramaty, pokazywał je profesorowi, który przeczytał, podpowiedział, dał uwagi. Bo Koenig był ciekawy nas, młodych. Uczęszczał na premiery warszawskie, rozmawialiśmy o nich. Miał wyrobione zdanie o wielu osobach. O aktorach, a zwłaszcza aktorkach. Dziś łapię się na tym, że często go cytuję, ot choćby wczoraj: "co należy zrobić z żoną artysty po śmierci? Spalić, by nie miała dostępu do jego spuścizny." Szowinistyczne to jest potwornie. Ale sam łapał się na tym, że studentki nie śmieją się i zmieszany, spuszczał wzrok. Lubił ludzi. Uczył nas dociekliwości i ciekawości. Nauczył oddzielać teatralne ziarno od plew, badać zjawisko, zadawać pytania przed wydaniem oceny. A gdy przedstawienie jest głupie, to bez skrupułów pisać, że dokładnie takie jest.

Gdy dziesięć lat temu przychodziłem na praktyki do miesięcznika Teatr, pracujący tam koledzy i koleżanka wspominali jedną osobę: Andrzeja Wanata. Był odniesieniem do każdego działania. A jakby to zrobił Wanat, co by powiedział, jak zareagował? - powtarzało się w redakcji. Bolesne było usłyszeć: Wanat by Ci tego tekstu nie puścił. Redagowali teksty pod Wanata, skrupulatnie, detalicznie, z młodym studentem rozmawiali o koncepcji tekstu. Kolegia ciągnęły się, były jak spotkania przyjaciół, byłych studentów Wanata, przyjętych przez niego do pracy, w końcu opuszczonych przez niego. Dziś, w redakcji już nikt z nich nie pracuje. Duch Wanata uleciał. Byłego naczelnego nigdy nie poznałem osobiście. Ale czułem się, jakbym go dobrze znał, właśnie z opowieści jego studentów. Poznałem jego życie prywatne i zawodowe, wiedziałem które dramaty rosyjskie lubi, a za którymi nie przepada. W wielu sprawach mi imponował. Ot choćby w tej, gdy wyjeżdżałem na swój pierwszy festiwal, Janusz Majcherek nachylił się i tak na pól tajemniczo powiedział: "wiesz, jak jechaliśmy na festiwal to Wanat dawał nam wskazówkę, by po spektaklu iść na bankiet i zostać tam do rana, wyjść jako ostatni. Na festiwalowych bankietach i na popremierówkach toczy się prawdziwe życie teatralne." Miał rację i Wanat i Majcherek. Do dziś z tej rady korzystam.

Stoję nad ich grobami, palę świeczki. Zapach stearyny unosi się po Powązkach. Jest cisza, chłodno, pożółkły liść spadł na płytę Koeniga. U Jurka odgarniam kilka gałązek, które jakiś gołąb pewnie przyniósł, u Wanata przysiadam na płycie. Myślę o nich. Zastanawiam się, czy byliby ze mnie dumni, za które teksty rugali, czego by odradzili, a czemu przyklasnęli. Często, przed podjęciem ważnej zawodowej decyzji, zastanawiam się, jak oni by się do tego odnieśli, co wskazali. Przychodzę co roku na ich groby, wraz z przyjacielem. We dwóch. Na te trzy groby.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz