piątek, 22 listopada 2013

Felieton: Przestrzeń wspólna

W zeszłym tygodniu zaproszono mnie do poprowadzenia w Kielcach debaty. Temat: „Przestrzeń wspólna – twórcy – widzowie”. Wcześniej, odbyłem ze studentami miejscowego uniwersytetu zajęcia. Rozmawialiśmy o spektaklach, które w listopadzie wspólnie obejrzeliśmy w Teatrze im. Żeromskiego. Zresztą, mam teraz taki czas oglądania kieleckich przedstawień. W tym tygodniu, na festiwalu w Rzeszowie miałem możliwość obejrzeć świetny, mądry spektakl „Caryca Katarzyna” Wiktora Rubina, wcześniej w Kielcach udaną „Misję” Eweliny Marciniak, po raz kolejny „Mój niepokój ma przy sobie broń” Julii Mark i „Hotelowe manewry” – słabą komedię.

Studenci podczas zajęć mieli niejakie problemy z rozłożeniem na cząstki, z interpretowaniem scen spektakli opartych o teksty Michała Buszewicza i Mateusza Pakuły. Studenci, pisząc prace zaliczeniowe mocno boksowali się ze współczesnymi środkami wyrazu scenicznego, z frazą młodych dramaturgów. Poszukaliśmy zatem punktów wspólnych, stycznych między widzami a twórcami. Bo czy obecnie wciąż jeszcze istnieje jakaś wspólna przestrzeń, po której poruszają się twórcy i widzowie? Może przeciwnie, żyjemy na wielu różnych wyspach, między którymi, by doszło do jakiegoś zrozumienia, recenzenci przerzucają mosty, kładki raczej? Jakimi znakami porozumiewamy się dzisiaj w teatrze, jakie ścieżki, kody są nam-widzom wciąż jeszcze znane? Czy przypadkiem nie jedynym, wspólnym kodem jest sztuka sakralna? Biblia, Ewangelia, religia? Malarstwo religijne, pieśni maryjne, litanie, cytaty z Ewangelii, historie Hioba i Dawida? Czy Pakuła, który korzysta z języka wysokiego, mieszając go z niskim daje nam możliwość całkowitego zrozumienia? Czy miksując piosenkę hip-hopową z Biblią właśnie ale i z Ferdkiem Kiepskim umożliwia pełne porozumienie? A może wcale nie chodzi o rozumienie a o przeżycie, wspólne emocje? Zastanawialiśmy się podczas debaty, jakie dzieła literackie w owej przestrzeni wciąż jeszcze stoją na wspólnym regale widza i twórcy. Bo przecież dzielą ich często inne systemy wartości, inne kanony literackie. Co innego czyta młody reżyser, co innego jego starszy odbiorca. Czy reżyserzy i dramaturdzy mają świadomość, w jakiej przestrzeni funkcjonują?

Zaproszony do udziału w debacie profesor Wojciech Dudzik napisał kiedyś: „O ostatecznym kształcie przedstawienia, zarazem zaś o tym, jak odczytane zostały intencje realizatorów, a więc o tym, co powstało na scenie, decyduje widz.” Zastanawiam się, czy jeszcze istnieje w młodym pokoleniu artystów świadomość robienia spektaklu dla widza. Pewnie tak. Ale na ile twórcy świadomie zapraszają widza do rozmowy? I czy Marciniak, Rubin, Mark wiedzą kim dokładnie jest ten widz? Czy pochodzi z małej wioski, czy z dużej aglomeracji? W jakim jest wieku? Czy na ich spektakle przychodzi pokolenie trzydziestoparolatków wychowanych na „Pulp fiction”?

Coraz częściej twórcy zapraszają widza do reakcji na swój spektakl, zaczepiają go, „podszczypują”, niekiedy dość agresywnie. Często ten wyklinany afabularyzm, powodujący niby szum w zrozumieniu, pomaga wejść widzom w przestrzeń dzieła. Wejść dosłownie, położyć dłonie na nagiej piersi Carycy Katarzyny, inicjującej interakcje z widzami siedzącymi w pierwszym rzędzie.


Proces tworzenia spektaklu przez reżysera i aktorów zaczyna się dziś bardzo często od wspólnego oglądania, filmów, filmików na youtube, grania w gry komputerowe. Zauważyliście, że z roku na rok odchodzimy od literatury? Dla niektórych młodych reżyserów wychodzący ze spektaklu, w trakcie jego trwania widz, to powód do radości. Umówmy się, porażką jest myślenie, że tak zmiksowałem świat, doprowadziłem do takiego niezrozumienia treści płynących ze sceny, utopiłem treści w monologach trwających trzy godziny, że ten niedouczony widz, który przyszedł odpocząć w piątkowy wieczór zdenerwował się i wyszedł. A może się zwyczajnie znudził?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz