środa, 13 listopada 2013

Felieton: Bij po pysku Miernika!

W zeszłym tygodniu wybrałem się do Poznania. A! Ważna rzecz, w zeszłym tygodniu po raz pierwszy od stycznia nie oddałem na czas felietonu. Bo rzecz się działa w czwartek, kiedy z reguły, nocą lub w piątek nad ranem piszę. Ale zaraz to wytłumaczę. Otóż, wybrałem się do Poznania, do którego wybieram się często. Bo lubię. Prócz dwóch poważanych przeze mnie teatrów dramatycznych, dzieje się tam sporo dobrego na tak zwanych obrzeżach. Chociaż, jakie to obrzeża, jak mogę tak o nich pisać, skoro Centrum Sztuki Dziecka pełnoletniość skończyło już dawno, a Strefa Ciszy właśnie wyszła z nastoletniości. W zeszły czwartek podziwiałem obie sceny tych instytucji. 

Nieopodal Cytadeli, na dwa miesiące temu otwartej Scenie Wspólnej, pokazano gościnnie świetny spektakl Wrocławskiego Teatru Lalek, pod tytułem "Wąż". Doskonała to propozycja, formalnie zamknięta w ramy cyrku. Sporo tam autoironii, dowcipu. Realizatorzy uczą dzieci czym jest wyobraźnia, jak z niej korzystać. No, jednym słowem zachwyca. Potem spotkanie podsumowujące Biennale Sztuki dla Dziecka, tę czerwcową, wyjątkową w skali kraju imprezę. Mnóstwo wydarzeń, oglądamy filmy, rejestracje, dyskutujemy. Jakieś głosy przy stole prezydialnym, że my-tu w Poznaniu, a tam Warszawa, a w niej pieniądze, w niej sława. No tom wybuchł, że biennale to piękna i precyzyjnie zorganizowana impreza dla dzieci. Słychać o niej w kraju, bo największa jest, najciekawiej dobrany program artystyczny i pokazuje, że organizatorzy śledzą to, co powstaje w całym kraju, że wybierają perełki. 

Z Kaponiery tramwajem kilka przystanków do Sceny Roboczej, mieszczącej się w siedzibie Teatru Strefa Ciszy. Pierwsze moje spotkanie z Adamem Ziajskim, mózgiem poznańskiej alternatywy (wiem, wiem, jest tam kilka mózgów). Przy herbacie. Bo zimno. Scenę Roboczą znałem z opowieści artystów, którzy na niej dotychczas pracowali. Może tam aplikować każdy, próbować ile chce, korzystać z infrastruktury, z promocji, kilka razy pokazywać gotowy spektakl. A wszystko za free. Dotowane z pieniędzy ministerialnych. Ziajski to społecznik. Zresztą, w Poznaniu sporo takich, dzięki nim kultura wysoko stoi w tym mieście. Reżyseruje spektakle od dwudziestu lat, dwa lata temu zachwycałem się jego "Salto Mortale". Teraz Ziajski, prócz tego, że duma nad kolejnym plenerem, to "kuratoruje" (jest takie słowo? Może "kuratorzy") gościnnej Scenie Roboczej, układa jej program. Na pożegnanie wręcza mi książkę o Teatrze Strefa Ciszy. Właśnie ją czytam. Jak przeczytam to napiszę o niej. Więc, same dobre spotkania, bo jeszcze w międzyczasie w Teatrze Polskim, z dyrektorem Pawłem Szkotakiem. I jeszcze na "Lekcję" Ionesco do Teatru Nowego poszedłem wieczorem. 

No, a potem było już tylko gorzej. Jakiś pub, jacyś ludzie, J. - znajoma, co to mnie do pubu zaprosiła. Piję, piję, mało ale jednak piję. Wychodzę z towarzystwem. Kolejny lokal, już po północy. Karaoke. Śpiewam. W duecie z J., bo śpiewać nie potrafię. Ale po alkoholu wstydzioch mija, to śpiewam. Zamawiam tandetną muzę, znajomi się bawią. Już nie piję. Odpoczywam. Widzę "faka" słanego w kierunku J. No i ta chwila: reagować, nie reagować. Reaguję. Odpycham gbura, szamotanina. Leżę. Oko puchnie, karetka jedzie. Szpital, rentgen, gips na nogę. Długie godziny w poczekalni. Mało kojarzę, ostry cios, skubany. Kolejna karetka, znów na sygnale, bo słabo widzę na lewe oko. Fajnie tak pojeździć po Poznaniu z dowcipkującymi sanitariuszami. Dopytuję koleżanek, co to dzielnie przy wózku mym sterczą, choć już południe, kto mnie pobił? Bo domysłów mam sporo. Krzych Garbaczewski taki cios wysmażył, limo fioletowe wstawił? Kolano lewe ciałem ciężkim zgniótł za te recenzje zjadliwe? Nie - zaprzeczają - to nie Krzych. Może nie, przecież wyznawałem mu miłość w tekście ostatnim, on nad "Kronosem" mistrza Witolda pochylon, nie ma czasu na bójki z Miernikiem. To kto? - myślę. Może dyrektor Szczerski z Kielc wybrał się, by przyfranzolić za te troskliwe misie, które mu proponowałem w nazwie teatru zamiast Żeromskiego i Mrożka. A może Drewniak? Ten to ma łapę. Mógł znienacka trafić. Czyhał, czyhał, ślęczał w rogu knajpy do rana i cap Miernika za to, że mu seksizm wypominał. Nie, J. zarzeka się, że to nie Drewniak, ani nie Mrozek ani też nie Kopciński. Mówi, że Szkot jakiś. Szkot? Szkotak może? Chociaż nie wierzę, zawsze miły był dla mnie. W czwartek też przecież. No nic, przyjmuję, że to Brytola pięść poznałem na twarzy. 

Zaraz wyruszam w kolejne podróże. W gipsie i z podbitym okiem. Taksówkarze jak im opowiadam, że czci niewieściej broniłem, nie chcą brać opłat za przejazdy, ludzie ustępują, szacunku dawno niespotykanego doświadczam. To może częściej nadstawię czoła, twarz, policzek wystawię? Ruszam w podróż już w czwartek. Można śmiało bić recenzenta po pysku. To propozycja dla hejterów, bo wiem przecież, że cieszycie się, że wreszcie Miernikowi wpirzyli. Korzystajcie. Zaś od przyjaciół oczekuję wspólnej pogaduchy na trasie i gipsu malowania. Jest na całej nodze, miejsca nie zabraknie. Do napisania za tydzień. Darz bór!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz