czwartek, 3 października 2013

"Znaczy dyrektor" - z Piotrem Kruszczyńskim, dyrektorem Teatru Nowego w Poznaniu rozmawiam na łamach październikowego numeru miesięcznika "Teatr".


BARTŁOMIEJ MIERNIK W Twoim gabinecie wiszą plakaty dwóch przedstawień: Oskarżonego: Czerwiec ’56 Króla Leara. Dlaczego właśnie te?

PIOTR KRUSZCZYŃSKI Pierwszy to kulminacyjny moment dyrekcji Izabelli Cywińskiej, drugi – Eugeniusza Korina. Obie te kulminacje wiążą się z ludzkimi dramatami: w wyniku spektaklu o Czerwcu ’56 dyrektor Cywińska została internowana. Podczas prób do Króla Leara zmarł jeden z największych aktorów powojennej Polski – Tadeusz Łomnicki. Te plakaty to jakby dwa pomniki, dwa filary przeszłości.

MIERNIK Do wydarzeń poznańskiego Czerwca i przedstawienia Cywińskiej nawiąże w przyszłym sezonie Remigiusz Brzyk, zaś ona sama wyreżyseruje w Nowym Wiśniowy sad. Rozumiem, że dialog z Cywińską jest ci bliższy niż z dyrekcją Eugeniusza Korina czy Janusza Wiśniewskiego. Poza Czerwonymi nosami Korina z 1993 roku niewiele tu było ważnych spektakli w ostatnim dwudziestoleciu.

KRUSZCZYŃSKI Na pewno te najważniejsze to: Czerwone nosy, trzy świetne spektakle Warlikowskiego w latach dziewięćdziesiątych – o czym niewiele osób w Polsce pamięta, a ostatnio choćby Faust w reżyserii Janusza Wiśniewskiego. To wybitne wypowiedzi artystyczne, niezwiązane jednak szczególnie z rzeczywistością, w której powstawały. Nadszedł czas, w którym warto przypomnieć, że Teatr Nowy w Poznaniu był kiedyś żywą trybuną służącą w konkretnym momencie artykułowaniu obywatelskich postaw. W trudnych czasach liberalizmu gospodarczego, kiedy część społeczeństwa upomina się o głos, teatr może go ponownie udzielić.

MIERNIK A dialog z Łomnickim? Z tradycją, którą obrazuje drugi plakat?

KRUSZCZYŃSKI Podpatrywałem próby Króla Leara, pracując u dyrektora Korina jako architekt wspierający promocję i reklamę tego spektaklu. Doskonale pamiętam tamten moment i długi czas żałoby, która zapanowała w zespole. Reżyserując spektakl w pierwszym sezonie mojej dyrekcji, nawiązałem do tamtego wydarzenia. PEEPshow. Benefis aktora otwiera taka oto scena: główny bohater grany przez Michała Grudzińskiego, mówiąc fragmenty Króla Leara, upada na scenę, a jego córki dokładnie odtwarzają tamtą sytuację sceniczną: pochylają się nad Learem, jedna z nich wybiega, ktoś dzwoni po pogotowie. Część widzów traktuje to zdarzenie jak autentyczny wypadek. Co istotne, grają aktorki partnerujące Łomnickiemu w spektaklu Korina. Pomysł w pewnym sensie oczyszczający, uwalniający od żałobnego mitu rozrastającego się w wyobraźni do rozmiarów przygniatającego nas pomnika. Scena powstała nagle, na jednej z prób, zamykając symbolicznie te dwadzieścia lat, które minęły od śmierci aktora.

MIERNIK Podczas konferencji prasowej, podsumowującej sezon teatralny, dowiedziałem się, że Teatr Nowy pod Twoją dyrekcją to niemal ideał. Pokazaliście w ostatnim sezonie 12 premier. 30 tytułów zagraliście łącznie 380 razy. Przedstawienia obejrzało 67 tysięcy widzów. Średnia frekwencja wynosi 91 procent. Zwiększyliście wpływy z biletów o 20 procent. Jednym słowem, drugi sezon dyrektor pławi się w atmosferze sukcesu?

KRUSZCZYŃSKI (śmiech) Tak naprawdę to mój pierwszy pełny sezon. Poprzedni mogłem kreować dopiero od stycznia, bo premiery jesieni 2011 zostały zaplanowane przez mojego poprzednika. Atmosfera sukcesu? Jestem poznaniakiem i wiem, że Teatr Nowy to dla mieszkańców solidna marka. Do nas po prostu ludzie chodzą. Gdy rozpoczynałem dyrekcję, zadałem sobie podstawowe pytanie: czego w teatralnej ofercie brakuje. Przyjrzałem się repertuarowi i zauważyłem w nim brak reżyserów z pokolenia +35, którzy są już rozpoznawalni w teatralnej Polsce. Ten pierwszy, niepełny sezon poświeciłem więc po prostu na wypełnienie tej luki. Podjąłem starania, by widzowie nie poczuli się zaskoczeni językiem teatralnym, który wprowadzą za chwilę jeszcze młodsi twórcy. Taka dziura pokoleniowa byłaby czymś szalenie niebezpiecznym w procesie budowania sensownego dialogu z widownią. Stąd obecność Libera, Strzępki, Siegoczyńskiego, Rychcika, którzy mimo kilku głośnych realizacji w Polsce mogli się dopiero teraz przedstawić poznaniakom.

MIERNIK Podajesz nazwiska uznanych dziś reżyserów. Gdy sześć lat temu przeprowadzałem z Tobą rozmowę dla „Teatru”, byłeś dyrektorem w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. Twój sukces polegał na odkryciach młodych absolwentów reżyserii, którym oferowałeś możliwość debiutu. W Poznaniu korzystasz ze sprawdzonych nazwisk.

KRUSZCZYŃSKI Zdolni debiutanci mówią zazwyczaj własnym, oryginalnym językiem teatralnym. W każdym razie tylko tacy mnie interesują. Przyglądam się więc studentom wydziałów reżyserii, przygotowując tymczasem grunt pod ich nowe sposoby pracy i formy artystycznej wypowiedzi.

MIERNIK A ja tu widzę pewną asekurację. Objąłeś teatr, który ma własną, mieszczańską publiczność, nienastawioną na eksperymenty. Więc po co ją tracić? Bo przecież obawiasz się odpływu widzów?

KRUSZCZYŃSKI Oczywiście, że boję się odpływu widzów, nie jestem świrem. Teatr Nowy jedną czwartą budżetu wypracowuje z wpływów za bilety. Ale przede wszystkim muszę pamiętać o funkcji komunikacyjnej teatru. Teatr nie istnieje w próżni, nie jest monologiem oderwanego od życia artysty. Jest dialogiem z widzem, ale żeby ten dialog był możliwy, należy najpierw ustalić, jakim językiem się porozumiewamy, nauczyć się wspólnego alfabetu, słownika i gramatyki. Wprowadzając od razu bardzo awangardowych twórców, dokonując rewolucji, naraziłbym się na niezrozumienie. A nie ma w teatrze niczego gorszego niż brak porozumienia między sceną a widownią. Oprócz premier, których za mojej dyrekcji pojawiło się w Teatrze Nowym już dwadzieścia, funkcjonuje cały nurt poboczny, między innymi czytania dramatów. Dotąd odbyły się trzy edycje, które przygotowywali twórcy mało znani na reżyserskim rynku. Zapraszałem do pracy nad czytaniami nie tylko reżyserów, ale i młodych aktorów, którzy zajmują się działalnością pedagogiczną w uczelniach teatralnych.

MIERNIK Naturalną konsekwencją przygotowanej próby czytanej powinna być propozycja wyreżyserowania spektaklu.

KRUSZCZYŃSKI I takie propozycje złożyłem. W 2014 roku obejrzymy zapewne dwie inscenizacje osób sprawdzonych w czytaniach. Wolę najpierw zweryfikować przydatność niedoświadczonego reżysera przy pracy w mniejszej formie, niż podejmować ryzyko kosztownej produkcji spektaklu.

MIERNIK Co się zmieniło w Nowym przez półtora sezonu? Wiem, że zaszły zmiany w zespole aktorskim.

KRUSZCZYŃSKI Wielką wyrozumiałością wykazali się znani mi sprzed lat emerytowani aktorzy. Jestem im bardzo wdzięczny, bo pomimo zawartych przed moim przybyciem umów dobrowolnie zdecydowali się przejść na pół etatu. Tym samym umożliwili mi pewne ruchy kadrowe. Nie odmładzałem, a raczej uzupełniłem zespół, by wyrównać proporcje wiekowe. Olbrzymi potencjał tkwił w zespole, który tu zastałem. Szybko „odpaliły” talenty młodych ludzi, których kiedyś przyjął do pracy dyrektor Wiśniewski. Dołączyło do nich kilkoro nowych aktorów.

MIERNIK Jak widzę, dyrektorski tron zamieniłeś na zwykłe krzesło biurowe. Dostrzegłem też zmiany w foyer.

KRUSZCZYŃSKI Tak, poza zmianą imperialnego stylu gabinetu zmieniliśmy nieco foyer Dużej Sceny, likwidując wyrafinowane ozdoby i część luster. Ściany pomalowaliśmy na szaro, scenograf Mirek Kaczmarek zaprojektował skromne drzwi na widownię. Mam zamiar przez wakacje zmienić jeszcze funkcję foyer, tak by widzowie po zakupie biletu mogli usiąść przy kawie, obejrzeć fragmenty spektakli, posłuchać audiobooka, poczytać prasę teatralną. Chcę żeby Nowy żył także poza czasem grania przedstawień.

MIERNIK Utrzymałeś cały skład loży patronów i sponsorów teatru?

KRUSZCZYŃSKI Loża patronów funkcjonuje od lat jako wolne i niezależne stowarzyszenie. Średnia wieku jej członków wzrasta, ale z satysfakcją odnotowuję pojawianie się młodych, którzy są zainteresowani alternatywnym wspieraniem naszego teatru.

MIERNIK W Poznaniu funkcjonują obok siebie dwa teatry dramatyczne. Czym odróżniacie się od Teatru Polskiego? Repertuarem? Widownią?

KRUSZCZYŃSKI Z jego dyrektorem Pawłem Szkotakiem znamy się od dawna…

MIERNIK Piętnaście lat temu grałeś Kaługina w Pijcie ocet, panowie w jego reżyserii.

KRUSZCZYŃSKI Tak, ale tylko w zastępstwie. (śmiech) Jeszcze wcześniej, równolegle zakładaliśmy teatry offowe. Ja efemeryczny studencki Teatr Malczewskiego, a Paweł słynne Biuro Podróży. Paweł pozostał przy offie, ja poszedłem na reżyserię i wraz z kilkoma kolegami weszliśmy do „instytucji kultury”. Paweł osiągnął ze swoim teatrem olbrzymi sukces i zupełnie zasłużenie został dyrektorem repertuarowego teatru. Nasze drogi znów się zeszły. Myślę, że dzięki prowadzeniu Biura Podróży zachował oryginalne, odmienne spojrzenie na teatr. W pewnym sensie miałem swój udział w tworzeniu repertuaru Teatru Polskiego, zrobiłem tam przecież za kadencji Pawła Szkotaka trzy premiery. Gdy teraz o nich myślę, to były nawet dość offowe (śmiech). Serio – nie uważam, że repertuary dwóch teatrów w jednym mieście muszą się diametralnie różnić. Ważne, żeby obie sceny gwarantowały widzom wystarczająco szeroką ofertę i twórczo ze sobą dialogowały. A ponieważ nawzajem promujemy się w mediach – niniejszym zapraszam też do Teatru Polskiego w Poznaniu.

MIERNIK W Waszych teatrach nie pracują jednak ci sami reżyserzy.

KRUSZCZYŃSKI I chwała Bogu! To właśnie poszerza ofertę. Czas skończyć z myśleniem, że dwa teatry w mieście muszą być wrogo do siebie nastawione, niezdrowo konkurencyjne, podkupujące sobie nawzajem twórców. Udowadniamy w Poznaniu, że można koegzystować, a nawet wspierać się w zdobywaniu zaufania tych nie tak licznych w końcu Polaków, którzy wolną chwilę chcą spędzić w teatrze.

MIERNIK Zdjąłeś z repertuaru lekkie spektakle komediowe, które tu funkcjonowały od lat.

KRUSZCZYŃSKI Przecież nasz najnowszy Testament psa jest bardzo zabawny i lekki! Nazwałbym go nawet sakro-farsą. Niech spektakle spełniające funkcję rozrywkową niosą też jakieś niegłupie przesłanie.

MIERNIK Uważasz, że widzowie, którzy w sobotę przychodzą do teatru odpocząć, a spora to część publiczności Nowego, będą się świetnie bawić na Testamencie psa?

KRUSZCZYŃSKI Niech się bawią na Domu lalkiTestamencie psa, na paru świetnych, humorystycznych scenach Imperium Ceziego Studniaka, na bardzo zabawnej scenie przebieranek córek w Domu Bernardy Alba Magdy Miklasz. Śmiech jest w teatrze najlepszą przyprawą, pozwalającą łatwiej i pełniej przyjąć głębsze treści.

MIERNIK Zgadza się, tylko dotychczas inne sceny śmieszyły widzów Nowego, panował tu inny rodzaj humoru.

KRUSZCZYŃSKI No dobrze, powiem to, skoro tak nalegasz. Będzie oficjalny komunikat: nie chcę już tego rodzaju śmiechu, który funkcjonował w niektórych przedstawieniach. OK? Nie chcę śmiechu z aktorskiej miny numer pięć, z koronkowych majtek zakładanych ku uciesze gawiedzi niezapomnianej pani Krystynie Feldman, świeć Panie nad jej duszą, nie chcę śmiechu z aktorskich grepsów. Koniec komunikatu.

MIERNIK Pojawił się u Was na afiszu spektakl Chodź na słówko, wyprodukowany przez Centrum Sztuki Dziecka. Czy to sygnał, że otwieracie się na najmłodszą część widowni?

KRUSZCZYŃSKI Najmłodszych trochę trudno będzie nam wpuszczać na widownię, bo mamy wysokie oparcia foteli, które mogą im zasłaniać scenę… Ale w przypadku prezentacji Chodź na słówko jakoś sobie radzimy. A mówiąc serio: jestem po rozmowach z dyrektorem Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu, dotyczących regularnej współpracy, która miałaby polegać na produkowaniu wspólnie jednego przedstawienia w roku. Teatr Nowy może udostępnić aktorów, jak to ma miejsce w Chodź na słówko, oraz nasze pracownie. Bardzo cenię twórczość Maliny Prześlugi, uwielbiam Michała Walczaka i innych uznanych autorów niebojących się pisać ważnych sztuk dla dzieci i młodzieży. Uważam, że ich twórczość powinna znajdować swoje miejsce także w teatrach dramatycznych.

MIERNIK Czyli od nowego sezonu pojawiał się będzie w Teatrze Nowym jeden spektakl dla dzieci? W mieście, w którym działa Teatr Animacji, statutowo powołany do realizacji takich przedstawień.

KRUSZCZYŃSKI Teatr Animacji rzadko operuje żywym planem, myślę więc, że nie będziemy stanowić konkurencji. W naszych spektaklach nie będzie elementów lalkarsko-animowanych.

MIERNIK Większość Waszych premier z ostatniego sezonu udało mi się obejrzeć. Porozmawiajmy o nich. Dom lalki Ibsena został przepisany na język współczesny i efektownie zagrany. Natomiast interpretacyjnie jest pusty. Nora – gwiazda muzyki pop – prowadzi życie w domu pełnym kamer. Przedstawienie nie mówi mi niczego więcej o celebrytach niż to, czego mogłem dowiedzieć się z mediów, z reality show The Osbournes czy z kolejnych edycji Big Brothera. W spektaklu brakuje pytań, nowych pól interpretacyjnych, sensy Ibsenowskiej Noryzostały spłaszczone.

KRUSZCZYŃSKI Zapraszając do pracy Michała Siegoczyńskiego, miałem pełną świadomość, że będę gościł najbardziej niedocenianego przez krytykę reżysera z pokolenia +35. On robi spektakle komunikatywne, przy tym niepozbawione troski o krytyczne postrzeganie rzeczywistości. Bardzo chciałem, by u nas wziął na warsztat klasyczny motyw. Poza wszystkimDom lalki dał możliwość pokazania talentu aktorskiego i wokalnego Ani Mierzwy w roli Nory.

MIERNIK To trochę za mało.

KRUSZCZYŃSKI Dla mnie to przedstawienie jest wyrafinowaną pułapką. Oglądamy losy bohaterów Ibsena, przepisane na nowomowę gwiazd popkultury, durną i kiczowatą. A ostatecznie ta cholerna popkultura nas wzrusza i w finałowym songu Nory działa jak emocjonalna smycz. Ten spektakl zawiera w sobie głęboką autoironię. Korzysta z całego chłamu popkultury i równocześnie udowadnia, jak jest ona ważna dla naszego życia emocjonalnego.

MIERNIK Dyskretny urok burżuazji, czyli filmowy dubbing na żywo. Pomysł trochę dziwaczny.

KRUSZCZYŃSKI Zapytałem Marcina Libera, czy zechciałby zrobić inscenizację jakiegoś czytania, skoro nie ma czasu na pracę pełnowymiarową. Odpowiedział, że bardzo chętnie sprowokuje naszą widownię wyświetleniem filmu Buñuela w formie teatralno-filmowej. Okazało się, że chodzi mu o bardzo zabawne i nieco prowokacyjne warsztaty z dubbingu.

MIERNIK Pomysł na pięć minut przedstawienia.

KRUSZCZYŃSKI Reżyser wplótł jeszcze w strukturę scenariusza filmu emocjonalne wypowiedzi matek terrorystów. Krótko mówiąc, oddał na dobrych kilkadziesiąt minut głos tej pani z białym pieskiem, która w jednym ujęciu filmowym u Buñuela obserwuje ambasadora, a w następnym pada jego ofiarą. Jej piesek zresztą też. Elektroniczne pieski-maskotki w rękach terrorystów wydają z siebie ostatnie dźwięki w spektaklu. Jeśli rekwizytor nie wymieni im bateryjek na nowe – szczekanie piesków słabnie, zamiera jeszcze w trakcie akcji. Terroryści u Buñuela też wydają się nieco groteskowi, bezradni wobec elit. W przedstawieniu Libera elita je kartofle, zwane gdzieniegdzie pyrami. To już garść pomysłów, na całe półtorej godziny.

MIERNIK Mówiłeś, że chciałbyś tu pokazywać przedstawienia czytelne dla widzów. Uważasz, że to czytelny spektakl?

KRUSZCZYŃSKI Formalnie chyba najbardziej kontrowersyjny. Za to finałowa modlitwa nad pyrami to bardzo czytelny element lokalnego kolorytu.

MIERNIK Testament psa w reżyserii Remigiusza Brzyka to mocne, czytelne uderzenie w polską religijność…

KRUSZCZYŃSKI Cios w płytką religijność wymierza sam autor dramatu, Brzyk dodał jedynie polski kontekst, w sytuacjach scenicznych, rekwizytach, scenografii. Skojarzenie historii zTestamentu psa Suassuny z małomiasteczkową obrzędowością religijną w Polsce zachwyciło mnie.

MIERNIK Mnie również. Z tym że spektakl gracie w dużym, ponad półmilionowym mieście…

KRUSZCZYŃSKI …które przeżyło aferę z arcybiskupem Paetzem. Może tym spektaklem uda się otworzyć wielką bramę dostępu do tematów tabu? Publiczność przyjmuje Testament psaoczyszczającym śmiechem, to dobry znak. To również ciekawe teatralne spotkanie: na sali połowa widzów się śmieje, połowa milczy, a kilka osób wychodzi.

MIERNIK Rozumiem. Tylko czy to przedstawienie opowiada poznaniakom o nich samych? Chyba nie. Z politowaniem patrzą na chytrość prowincjonalnych księży czy kult Matki Boskiej – matki Polki, jak mawiają wierni.

KRUSZCZYŃSKI Niekoniecznie. Pierwsza próba całości przedstawienia odbyła się w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, patrona najbliższej nam jeżyckiej parafii. Remik Brzyk, wszyscy aktorzy i ja wyszliśmy, żeby obejrzeć procesję, która przemierzała ulicę tuż przed budynkiem teatru. I wszyscy mieliśmy wrażenie, że uczestniczymy w kondukcie pogrzebowym. Stężałe, zacięte twarze, smutne pieśni… Próbowałem pomachać do uczestników procesji, nikt nie reagował. Na samym końcu kilkusetosobowego tłumu szła starsza pani o kuli, pół metra za nią wlokła się ponuro karetka pogotowia. I tylko ta pani, choć najpierw spojrzała na mnie ze zgrozą, odmachnęła nieśmiało. Po tym doświadczeniu Remik wprowadził scenę z procesją i fanatycznym budowaniem kiczowatego ołtarza Maryi i Jezusowi. I wiem, że ta scena jest bardzo lokalna, nasza, poznańska.

MIERNIK To doskonała scena, najlepsza w spektaklu.

KRUSZCZYŃSKI Ten spektakl, namaszczony prawdą o nas – katolikach i poznaniakach, cały czas ewoluuje. Remigiusz, w związku z pracą nad kolejnym przedstawieniem, obecny jest w teatrze i ogląda każdy spektakl, dodaje nowe elementy. W niedzielę po premierze zadzwonił do mnie i spytał, który aktor jest wolny, bo potrzebuje jeszcze jednej postaci. Mówię, że Grzegorz Gołaszewski. „Super. Bo ja mam dla niego monolog sekretarza posła, który wymyślił Roman Pawłowski. To dobrze zabrzmi na koniec spektaklu”. Pawłowski pracował akurat jako dramaturg nad inną premierą i podzielił się z Remikiem swoimi spostrzeżeniami na temat Testamentu psa. No i spektakl zaczął się rozrastać. Przyznam, że nigdy nie spotkałem się z tym, by po premierze do spektaklu weszła całkiem nowa postać, która w dodatku ma coraz to nowe teksty. Ostatnio były to na przykład fragmenty twórczości lokalnego recenzenta. Tak, taki żywy teatr chcę robić.

MIERNIK Cykl przedstawień o Jeżycach jest Twoim pomysłem?

KRUSZCZYŃSKI Pomysł pojawił się podczas rozmów z Marcinem Wierzchowskim, reżyserem cyklu. Początkowo nie rozmawialiśmy o serialu, tylko o jakichś jeżyckich opowieściach, znanych historiach. Chodziłem z Marcinem po dzielnicy, pokazując mu wszystkie ważne miejsca, aż zafascynował się historią Jeżyc i został naszym rezydentem. Poznałem go z Romanem Pawłowskim i od tej pory stali się nieodłączną poznańską parą. Siedzą u nas od świąt Bożego Narodzenia, nieustannie wsłuchują się w ludzi i wraz z aktorami zrobili z tego już cztery półtoragodzinne odcinki, co jest naprawdę dobrym wynikiem.

MIERNIK Jeżyce Story najmniej widać Jeżyce, historie lokalne, typowe dla tego miejsca, a sporo tematów uniwersalnych.

KRUSZCZYŃSKI Temat Jeżyc jako miejsca znanego z krwawego finału Czerwca ’56 był dla autorów cyklu zamknięty ze względu na oddzielną opowieść, którą mają poprowadzić Remigiusz Brzyk z dramaturgiem Tomaszem Śpiewakiem. Nie interesowała nas martyrologia tego miejsca. Natomiast wszystkie pozostałe jeżyckie tematy – owszem.

MIERNIK Co najbardziej cenisz w tym cyklu?

KRUSZCZYŃSKI W odcinku Lokatorzy skonfrontowano jeżyckich anarchistów z jednym z włodarzy miasta, którego funkcja związana była m.in. z przesiedlaniem mieszkańców z kamienic.

MIERNIK Ta słynna afera „czyszczenia” poznańskich kamienic?

KRUSZCZYŃSKI Byliśmy pierwsi w jej nagłośnieniu za pośrednictwem sceny. W spektaklu aktorzy m.in. odtwarzają lokalny program telewizyjny, w którym polityk kompromituje się w starciu słownym z anarchistką. Niedługo potem w kolejnym programie ten sam polityk wyszedł ze studia, odmawiając rozmowy z jednym z „czyścicieli”. Może to taki mały znak, że teatr ma wpływ na rzeczywistość?

MIERNIK Dzielnica, jak źródło, zasila Waszą scenę kolejnymi historiami, czerpiecie z niej, gracie te opowieści. A co dajecie w zamian mieszkańcom Jeżyc?

KRUSZCZYŃSKI Po odcinku Gracze zrozumiałem, że mocą naszego serialu jest jego pozytywne przesłanie. Marcin Wierzchowski ma wielkie poczucie sprawiedliwości społecznej, potrzebę pochylenia się nad ludzkim losem. Wraz z Pawłowskim i naszymi aktorami opowiada historie, które wyprowadziły ludzi z sytuacji kryzysowych, przedstawia bohaterów, którzy zmianę świata zaczęli od siebie. Gracze niosą czechowowskie przesłanie: jeśli mówić o ludzkich niedoskonałościach, to mówić ciepło. W październiku pokażemy cykl Jeżyce Story w skondensowanej formie na rynku, w samym sercu Jeżyc. Gospodarz placu życzliwie podszedł do pomysłu i ofiarowuje nam jedną niedzielę, żebyśmy mogli na straganach wymienić warzywa na aktorów. (śmiech) Aktorzy opowiedzą jeżyckie historie mieszkańcom gratis. Nie ukrywajmy, nie jest to dzielnica samych krezusów.

MIERNIK W najbliższym sezonie przedstawienie o wydarzeniach poznańskiego Czerwca wyreżyseruje Remigiusz Brzyk, a to jedynie część obchodów jubileuszu Teatru Nowego?

KRUSZCZYŃSKI Obchodzimy 90-lecie powstania sceny i 40-lecie reaktywacji Teatru Nowego pod dyrekcją Izabelli Cywińskiej. W ramach jubileuszu odbędzie się wkrótce premiera Jerzego Satanowskiego poświęcona Stanisławowi Barańczakowi. Obaj czterdzieści lat temu rozpoczynali w Poznaniu swoją drogę twórczą. Barańczak specjalnie dla Łomnickiego stworzył nowy przekładKróla Leara, Satanowski współpracował z Teatrem Nowym od początku dyrekcji Cywińskiej. Rok 2013 zakończymy Wiśniowym sadem właśnie w jej reżyserii. W kontekście roku jubileuszowego podoba mi się hasło: Raniewska wraca do wiśniowego sadu. A przedtem jeszcze wspomniana listopadowa premiera – Gorączka czerwcowej nocy Brzyka i Śpiewaka, oparta na rewizji poznańskich mitów. Oskarżony: Czerwiec ’56 Cywińskiej z 1980 roku był spektaklem dokumentalnym, opartym na protokołach z rozpraw sądowych. Brzyk i Śpiewak zweryfikują znaczenie czerwcowej rewolucji tu i teraz.

MIERNIK Widzę, że coraz bardziej zbliżacie się do Teatru Ósmego Dnia: tematycznie, ideologicznie. Ostatni spektakl Ósemek, Ceglorz, powstał na podstawie wywiadów z robotnikami zakładów, w których zaczęły się protesty Czerwca ’56. Ósemki współpracują ze squatem Rozbrat, pełnym anarchistów. Przesiedlanym lokatorom czytali wiersze, uczestniczyli w ich protestach. Ósemki mają też krytyczny stosunek do polskiej religijności i uderzają w tradycyjny etos bohatera. Ich Czas matek powstał ze świadectw kobiet, które na wojnach straciły synów-żołnierzy. Wy dajecie głos kobietom-matkom terrorystów. Używacie innych środków artystycznych, ale myślenie i sposób pracy zbliża Was do siebie.

KRUSZCZYŃSKI Dziękuję. To komplement pod adresem moich pomysłów na teatr. Ósemki szanuję nie tylko dlatego, że stanowią żywe świadectwo opozycyjnej historii naszego kraju, ale też za ferment, który sieją dla utrzymania zdrowej równowagi naszego „porzundnego” Poznania. To ciekawe skojarzenie, nowe dla mnie i odkrywcze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz