niedziela, 13 października 2013

"Prawda", reż. Marcin Sławiński, Teatr Bo Tak z Rzeszowa.


Czym jest prawda?

W Rzeszowie, końcem zeszłego sezonu powstał prywatny Teatr Bo Tak. Założyły go dwie aktorki miejscowego Teatru im. Siemaszkowej. Bardzo ucieszyła mnie ta inicjatywa.

Rzeszów ma nieco ponad dwieście tysięcy mieszkańców. Z roku na rok, z coraz większą chęcią, dumą nawet, przyjeżdżam do miasta, w którym kiedyś uczęszczałem do szkoły. Cieszę się, że zmienia się, pięknieje w oczach. Sporo jeżdżę po kraju, na premiery i na festiwale, a w zeszłym sezonie odwiedziłem większość polskich dużych miast. I wierzcie mi, Rzeszów poczynił ogromny skok jakościowy. Gołym okiem widać, jak pięknieje, jak na każdym rogu wyrastają nowe klomby, zielenią się rabaty. Nawet słynny pomnik, przez miejscowych zwany „wielką ci.ą” otoczono pięknym ogrodem bernardyńskim. Spotykam się, rozmawiam ze znajomymi którzy twierdzą, że żyje im się dobrze, mają pracę. Wprawdzie groszową, ale mają. Znam regiony, gdzie jej nie ma. W Rzeszowie, w ostatniej dekadzie wykształciła się klasa średnia. Dobrze o tym wiedzą Beata Zarembianka i Mariola Łabno-Flaumenhaft. I postanowiły to wykorzystać, proponując mieszkańcom lekki repertuar. Rzeszowskie aktorki ze zmysłem biznesowym.

No właśnie. Lekki, co nie znaczy, że głupi. Lekki, dowcipny, bez „paszki”, grepsów, czy bananów. Lekko i przyjemnie. Pierwszy spektakl o kłamstwie Teatrowi Bo Tak wyreżyserował Marcin Sławiński. I, wierzcie mi, jest to kawał solidnej roboty. „Prawda” Floriana Zellera, bo tak brzmi ironiczny tytuł przedstawienia to niezły samograj. Dwie pary, dwa zdradzające się małżeństwa. I główny bohater, Filip (Grzegorz Pawłowski) – cynik, któremu wydaje się, że nad wszystkim panuje. Ma żonę Laurę (Mariola Łabno-Flaumenhaft), która, jak sądzi, o skokach w bok nie wie i Alicję (Beata Zarembianka) – kochankę, której już nieco doskwiera wielomiesięczne kłamstwo. Kochanka w którymś momencie zaczyna dezerterować z nieformalnego związku. I wówczas zaczynają się kłopoty, spektakl przyspiesza. Filip wymyśla wyjazd do Francji, rzekomo służbowy. Tam, do hotelu dodzwania się mąż kochanki, Paul (Marek Kępiński). Filip, by wybrnąć z tarapatów udaje przez telefon chorą ciocię, u której niby zatrzymała się Alicja. A potem... misternie ułożony przez Filipa domek z kart zaczyna się sypać. Wychodzi na to, że Paul o ich zdradzie wiedział, celowo wprowadza przyjaciela w błąd. Mówi mu, że od lat ma romans z jego żoną. Główny bohater intrygi wpada do mieszkania, wypytuje żonę, wysypując się z własnych grzeszków. Ta udaje, że o jego romansie pierwsze słyszy. Udaje zresztą genialnie, przekonująco. Mina jej zrzednie, gdy dowie się, że Paul – jej kochanek, a zarazem przyjaciel Filipa dostał pracę w Szwecji i musi wyjechać. Ona również kłamie. Wszyscy kłamią lepiej niż Filip.

Tak zwany morał tej opowieści jest prosty i bolesny zarazem. Jeśli nie chcesz, by Ciebie okłamywano w miłości i przyjaźni, to musisz być bardziej cwany i oszukiwać tych co do których masz przypuszczenia że cię okłamują. Słaba to diagnoza dla małżeństw w średnim wieku. Czy nie ma już prawdziwej miłości, żarliwych uczuć? Udajemy? Marna perspektywa dla piszącego te słowa.

W pierwszym spektaklu Teatru Bo Tak jego założycielki schowały się w rolach, owszem głównych, ale nie grają pierwszych skrzypiec. Te gra dobrze znany rzeszowskim widzom Grzegorz Pawłowski. Cieniuje, niuansuje rolę, nieraz chodzi po cienkiej linii, za którą są już środki typowe dla fars. Nie przekracza jej jednak. Czy to znak, że aktorki wolą, jak w swoim warszawskim teatrze Tomek Karolak, dawać szanse innym? Kolegom, aktorom z Rzeszowa? Poczekamy, zobaczymy.

Jestem przekonany że Zarembianka i Łabno-Flaumenhaft odniosą sukces. Na czwartkowym przedstawieniu siedziałem pośród prawie dwustu widzów. Nie zauważyłem publiczności zorganizowanej, zakładów pracy czy większych grup znających się kolegów i koleżanek. Widzowie przyszli do kasy, kupili bilety, by miło spędzić wieczór. I nie rechotali. Śmiali się, świetnie bawili. Reakcje publiczności pchały zresztą aktorów do przodu. Ale nie przesadzali, umiejętnie ważyli tekst, nie było szarży, tak częstej w lekkich komediach. Dostrzegam też nakłady pracy włożonej w promocję spektaklu i teatru. W Rzeszowie sporo wisi plakatów nowego teatru, w środowisku zaczęto o nich mówić.


Piszę to wszystko, by ośmielić innych. W wielu ośrodkach w Polsce aktorzy na popremierowych bankietach narzekają, że chętnie zagraliby lekki repertuar, jakąś niegłupią komedię. Widzowie z kolei narzekają, że nie mają na co chodzić, by się pośmiać. Kochani, bierzcie przykład z Rzeszowa. Odwagi!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz