poniedziałek, 14 października 2013

Międzynarodowy Festiwal Konfrontacje Teatralne w Lublinie, Dzień pierwszy 12.10.2013. Opisuje Kalina Filip.


Tunio.

Kim jest/był twój dziadek? Wiesz? Pamiętasz? Opowiedz. Zaczęło się od, zaczęło się gdy, zaczęło się kiedy, zaczęło się tam, zaczęło się z nią… „Trudno jest zacząć od początku. I nie próbować się cofnąć dalej.” Spektakl Wojtka Ziemilskiego „Mała narracja” otworzył tegoroczny festiwal. Zaczęło się od historii jego dziadka, hrabiego Wojciecha Dzieduszyckiego. Jak opowiedzieć te historię? Czy da się? Jeśli się da, to jak? Co było ważne? Co zdarzyło się naprawdę?

Upadek w narrację.” Kilka rzędów czerwonych poduszek dla widzów. Za pulpitem, przy którym siedzi Ziemilski, usytuowany jest ekran. Tytuły rozdziałów opowiadanej historii napisane są czcionką odwzorowującą pismo pierwszoklasisty. W czasie czytania, za narratorem, pojawiają się słowa, liczby znajdujące się w czytanym tekście, białe na czarnym tle (między innymi Wojciech, Tony, historia, 1, 17, 11, Holokaust, Solidarność, nie chcesz, napisał, ciało, książka, inżynier, śpiewak, Tunio, przypadek nr 1, wspomnienia).

Wyświetlane są również filmiki dotyczące sztuki performance, która zainspirowała Ziemilskiego (artyści: Claudia Dias, Jerome Bel, Xavier Le Roy, Simon Bowes, João Fiadeiro). Artysta odsłonił kulisy procesu twórczego, problemy techniczne, inspiracje, relacje rodzinne, problemy z jakimi borykał się podczas pisania. Można powiedzieć, że przedstawienie jest próbą opowiedzenia historii, a może bardziej zapisem procesu twórczego.

Ziemilski cały spektakl siedzi za pulpitem i czyta, nie atakuje, nie zaczepia publiczności jak miało to nie raz miejsce w poprzednich odsłonach „Małej narracji”. Gdy za jego plecami pojawiają się tytuły rozdziałów odwraca się i patrzy na ekran. Wyświetla filmiki, ogląda je. Staje się widzem własnego spektaklu.

Historia dziadka Dzieduszyckiego nie jest jasna i nie można jej oceniać w kategoriach moralności czarnej i białej. To historia człowieka żyjącego w czasie komunizmu, żelaznej kurtyny, cenzury, UB, SB. Historia człowieka, jednego z wielu, który musiał podejmować trudne decyzje. Dziś może nam się wydawać, że złe, niemoralne. Jak mówi autor: ci ludzie byli niebywale uwikłani, nie chcę, ani nie mam mocy, aby kogokolwiek oskarżać lub bronić. Żyjemy w zupełnie innych czasach, więc niektóre wybory mogą się zdawać szokujące.

Ziemilski nie bał się opisać, nie bał się zmierzyć z dość niechlubnym epizodem z życia hrabiego Dzieduszyckiego – współpracy z tajnymi służbami PRL. Temat niebywale trudny, na czasie. Autor pozostawia widza z pytaniem: a jaka jest historia Twojego dziadka?
                                                                               *
Ciemno. Przez dość długi czas. Aż robi się niezręcznie. Wykonawcy, którzy nie są aktorami, tylko kuratorami festiwali, stoją na scenie i grają w skojarzenia (dom, rodzina, kosmos, prostytutki, Polska, przegrana, Ukraina). Reżyserowana debata na temat festiwalu przyjmuje zarazem postać sądu nad sztuką. „Ponieważ nie zdołała ocalić świata”.

Biorący udział w debacie kuratorzy to: Per Ananissen z Norwegii, Sven Age Birkeland z Norwegii, Gundega Laivina z Litwy, Florian Malzacher z Niemiec, Priit Raud z Estonii oraz Marta Keil i Grzegorz Reske z Polski. Wszyscy ubrani na czarno siedzą na krzesłach. Keil i Reske na środku, pozostali uczestnicy debaty po prawej i lewej stronie sceny, bokiem do publiczności. Podczas debaty przedstawiali się mówiąc kilka słów o tym, czym się zajmują i wygłaszając mini manifest o tym, czym jest dla nich sztuka.

Performance „The Curators’ piece (A Trial against art)” realizacja Tea Tupajić i Petra Zanki, ma za zadanie odpowiedzieć na trudne pytania, może nawet zarzuty, z jakimi spotykają się kuratorzy festiwali na świecie. Czy sztuka ma o coś walczyć? Po co komu sztuka? Dla kogo jest festiwal? Czy zapraszasz znajomych artystów? Czy zapraszasz tylko tych sympatycznych? Kim jest twoja publiczność? Czy boisz się sponsorów? Padło kilka trudnych pytań, zarzutów do Grzegorza Reske i Marty Keil, tegorocznych kuratorów Konfrontacji.

Zarzucano, że festiwalowi nie towarzyszą żadne panele dyskusyjne, spotkania z twórcami. Jest jeden wykład, spotkanie z prof. Krystyną Duniec „Ciało w Teatrze” i tyle. Ale to niejedyne zarzuty formułowane przez kuratorów. Festiwal w kontekście pytania o sens teatru i sens performance, nie ma ogólnego przesłania, każdy artysta ma własne. Katalog jest bardzo słabo związany z imprezą. Są w nim opisane tylko spektakle, brakuje wywiadów z twórcami, aktorami, tekstów związanych z poruszaną tematyką. Festiwal skierowany do wszystkich, staje się imprezą kierowaną do nikogo. Adresatami są studenci, miłośnicy teatru, zainteresowani tańcem, twórcy, aktorzy. Piękna idea. Rzeczywistość jest jednak nieco inna. Owszem pojawiają się artyści, ale znaczną część publiczności tworzą zaproszeni goście, znajomi, znajomi znajomych, festiwalowi pracownicy, recenzenci, pracownicy teatrów. Zostaje garstka miejsc dla zainteresowanych widzów. Nie są nimi tłumnie przybywający studenci chociażby teatrologii i ich wykładowcy. Bardzo mocno wybrzmiał zarzut rezygnacji z lokalności festiwalu. Aspekt „wschodni” wybijał się podczas poprzednich edycji. Sporo było przedstawień z Rosji i Ukrainy. Na pytanie o ilość spektakli zrealizowanych przez twórców z Lubelszczyzny padła odpowiedź: „Nie wiem, może dwa, trzy spektakle”. Kontra brzmiała następująco: „W mieście, które ma 350 000 mieszkańców macie dwa lokalne przedstawienia?!” Kuratorzy bronili się, że nie patrzą na strony świata, kierują się wyborem spektakli i artystami, których chcą zaprosić. Stwierdzili również, że znacznie łatwiej zachęcić studentów na spektakle europejskie niż rosyjskie.


Padło również kilka ważnych zdań. Należy walczyć o wolną sztukę, dawać artystom swobodną przestrzeń do tworzenia. Pamiętając o tym, że „kultura jest regułą, a sztuka wyjątkiem”, trzeba dbać o ten „wyjątek” dający możliwość odmiennych poglądów, realizacji, wyzwolenia i zmiany spojrzenia na świat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz