niedziela, 20 października 2013

Festiwal Dialog - Wrocław. Paweł Palcat opisuje „Ja nie jestem ładna” Angeliki Liddell.


Nieświadomość konia.


Autobiograficzna historia wykorzystanej seksualnie w dzieciństwie, starzejącej się kobiety to treść monodramu „Ja nie jestem ładna” Angeliki Liddell, pokazanego w ramach tegorocznego Dialogu. To mocna, godzinna dawka terapeutycznego seansu autorki/wykonawczyni, która dla widza (szczególnie płci męskiej) może być początkiem teatralnej traumy. Mnie Liddell wykastrowała.
Na tegorocznym Biennale Teatralnym w Wenecji Liddell otrzymała Srebrnego Lwa za swój „teatr oporu”. Podobnie jak laureat Złotego Lwa – Romeo Castelluci, jest przede wszystkim artystką wyrazistą, umiejętnie balansującą między estetyką performance a klasycznym teatrem.
Po obejrzeniu Ja nie jestem ładna” nazwałbym Liddell „pierwszą suką teatru”. Bo jak inaczej nazwać kogoś, kto w ramach swoistej autoterapii, obarcza swoją traumą innych? Czy w ogóle można tu mówić o terapii, skoro to powtarzalny performance? Jeśli nie, to wyrachowanie Liddell jest jeszcze mocniejsze.
Autorka snuje opowieść niespiesznie, z pełną świadomością wyśmiewając na początku zarówno pretensjonalny ton bohaterki, jak i zabiegi teatralne, których naiwność i banalność w innym wypadku byłaby nie do zniesienia (kapitalna scena do piosenki Joe Dassina „Et Si Tu N'existais Pas”). Zapewne połowa widzów nie mogła oderwać wzroku od żywego konia na scenie. Tak, tak nasza bohaterka została kiedyś wykorzystana w stajni. Koń jest biały, czysty jak ona, kiedy doszło do gwałtu. Banalne to i mało odkrywcze. Ale nie o to w tym chodzi! Obecność żywego zwierzęcia natychmiastowo uprawdopodabnia wszystkie zabiegi Liddell i sprawia, że groteskowy nawias znika, a scena nabiera mocy. Jak w momencie ofiarowania się Liddell całej armii (jej oprawca był żołnierzem), kiedy wtyka sobie w krocze kwiaty, trąbiąc na fujarce. Jest jak urodzinowa niespodzianka. Za chwilę kwiaty ofiarowuje zwierzęciu do zjedzenia. Potem jest tylko mocniej. Liddell tnie się, moczy chleb w swojej krwi, zjada. Kulminacja następuje, gdy na ekranie widzimy kilkuletnią dziewczynkę, ubraną jak dorosła kobieta, leżącą w dwuznacznej pozie na łóżku. To Liddell w dzieciństwie, a łóżko to samo, które właśnie stoi przed nami na scenie. Aktorka odziera spektakl z fikcji i przekracza ramy zwykłego teatru. Bo owszem, można się zdystansować do autobiograficznej opowieści ofiary pedofila, ale nie do przedmiotu – „niemego świadka” tej historii. Na inną skalę, ale podobnie działa słuchanie historii o Holokauście i konfrontowanie jej z tonami włosów w muzeum Auschwitz. Mocne? Dokładnie takimi środkami operuje Liddell.


Nie chcę szerzej pisać o tym spektaklu. Mam dość. Oczyszczające łkanie bohaterki z projekcji, trwające jeszcze długo po tym jak aktorka zeszła ze sceny, nie przyniosło ukojenia. Porażający, godzinny seans oskarżeń, histerii, bólu, samookaleczenia, obarczania winą odbiorców przekroczył teatralną umowność. Dlatego nie biłem brawo. Ze złości i szacunku. I mam nadzieję, że z tych samych powodów Angelica Liddell już na scenę nie wróciła. Pozostał jedynie niczego nieświadomy koń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz