czwartek, 17 października 2013

Felieton: Sztuka portugalska.

Reda Haddad napisał do mnie na fejsie. Redę poznałem w Akademii Teatralnej kilka lat temu. Nim skończył reżyserię chodził na zajęcia z wiedzą o teatrze. Wpadał, zwykle spóźniony na pierwsze zajęcia, w przemoczonej od potu lub deszczu koszulce, zziajany. Pamiętam, jak profesor Leszek Kolankiewicz, który szczerze nie znosił spóźnialskich dawał mu odsapnąć, przypatrując się w milczeniu, by za chwilę uraczyć go celną złośliwością.

Haddad słuchał muzyki ska. Wszędzie, w każdej chwili. Każdemu na uczelni dawał płytę z najlepszymi kawałkami tego gatunku. Taki uczelniany kolportaż. Obecnie, o ile wiem śpiewa i prowadzi konferansjerkę podczas festiwali muzycznych.

Tak więc, Reda podesłał mi, dokładnie w czerwcu, świetną sztukę portugalską. Dotychczas niewystawianą. Sztukę pod tytułem "Moja żona", autorstwa José Marii Vieira Mendesa przeczytałem, postanowiłem dziś o niej napisać. A nawet nie tyle o niej, co o całej związanej z nią sytuacji.

Na ogół staram się nie pomagać w kontaktach na linii reżyserzy-dyrektorzy. No chyba, że zaprzyjaźniony dyrektor poprosi mnie o komórkę młodego reżysera. Dyrektorskich komórek nie podaję, chociaż często słyszę utyskiwania młodych adeptów studiów, że odprawiani są z kwitkiem spod gabinetów, że sekretarki kluczą, nie dając jasnych odpowiedzi. Że nie wiadomo, kiedy dyrektor wreszcie zjawi się w gabinecie lub odpisze na mail. Cecha naszego środowiska - narzekanie. Rozumiem też dyrektorów. Sztuk niezrealizowanych i niezrealizowanych reżyserów są dziesiątki. Spora część zagranicznej dramaturgii to bzdury, wielu reżyserów przychodzi z naprawdę nietrafionymi pomysłami. Więc dlaczego piszę o Redzie? Ano z ważnego powodu.

Reżyser ten, już od dobrych paru lat, stara się o pierwsze wystawienie sztuki portugalskiej w Polsce. W czasie wolnym od studiów, kilkakrotnie wyjeżdżał do Portugalii właśnie. Grał tam na trąbce, poznawał środowisko artystyczne, pomieszkiwał. Po powrocie z jednego z wyjazdów, wraz z Instytutem Camöesa i nieistniejącym już klubem Chłodna 25 zorganizował i wyreżyserował czytanie "Mojej żony". Od Camöesa dostał obietnicę, że jeśli tylko znajdzie jakiś warszawski teatr, gotowy zorganizować prapremierę portugalskiego dramatu, to instytut działanie wesprze. No i wówczas zaczęły się schody. Pisze mi Reda: "Niestety, pomimo wielu listów, także do teatrów z trzema scenami, na których niewiele się dzieje, właściwie wszyscy zignorowali moją propozycję. W Polsce nie było NIGDY premiery portugalskiej sztuki, a "Moja żona" nie wymaga scenografii. Rozumiem, że dyrektor artystyczny może mieć inne plany repertuarowe, ale moja propozycja nigdy do żadnego nawet nie dotarła. Zorganizowałem czytanie "Mojej żony". Czytanie wyszło bardzo fajnie. Wiem, że system teatralny jest tak a nie inaczej zorganizowany, ale czy naprawdę żaden teatr w Warszawie nie chce wpisać się na zawsze w historię kontaktów polsko-portugalskich? Ja nie chcę wielkiej kasy za reżyserię, scenografia minimum, da się to zrobić właściwie bez kasy, a mimo to nawet najmniejsza scena w tym mieście liczącym wiele teatrów jest dla tego projektu zamknięta." Wiadomość do mnie kończy dramatycznie: "Co mogę zrobić, żeby móc zrealizować ten projekt? Dlaczego nikt nie chce ze mną na ten temat nawet 5 minut porozmawiać? To nie fair."

Obiecałem dramat przeczytać. Po kilku dniach napisał do mnie znowu: "Wczoraj dostałem od jednego z dyrektorów nieoficjalne info, że "nie podoba mu się literatura". A to nie jest zła literatura. To jest dobrze napisane i w inteligentny, niedosłowny sposób mówi o Europie pogrążonej w kryzysie. Bardzo chcę zrobić ten tekst i go (gdzieś hmm) zrobię!"

To naprawdę, wierzcie mi, niezły dramat. Główny bohater Nuno mieszka z żoną u rodziców (typowo śródziemnomorska sytuacja). Ma przyjaciela, Aleksandra. Rodzina dysfunkcyjna pogrążona jest w dziwnej stagnacji. Trochę jak u Bergmana, niby nic się nie dzieje, a między tekstami rozgrywa się prawdziwy dramat. Laura, żona Nuna pragnie Aleksandra, ją z kolei chce jego ojciec. Najpierw odchodzi Nuno, wszystko wskazuje, że został zabity przez przyjaciela, w finale znika Laura. Jest gorąco, latają komary, powietrze stoi. Ojciec wygłasza truizmy, komunały. Gdzieś to wszystko zatopione w czechowowski bezczas, w długie pauzy. Przeczytajcie. Mi się podoba.

Sytuacja warszawskich teatrów jest zła. Zresztą, nie tylko warszawskich. Obcięte dotacje, dyrektorzy zastanawiający się, jak będzie wyglądał przyszłoroczny budżet i na ile premier wystarczy. Nie wiem, może to nie jest najlepszy czas na portugalską dramaturgię. "Dialog" sztukę wydrukował, w radiu dobrze o niej prawił uznany krytyk, mi się podobała. Może warto spróbować ją wystawić? Albo chociaż przeczytać?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz