sobota, 26 października 2013

Felieton bardzo osobisty

Anka wysłała mi paczkę fotek. Taki miły mail, pod tytułem: no co tam słychać i dołączone kilkanaście zdjęć ze spotkania klasowego, z sierpnia. Nie widzieliśmy się 19 lat. Na spotkanie nie dojechałem. Siedzę teraz w autobusie do Kielc i oglądam. Faceci niemal wszyscy z wydatnym brzuszkiem, kobiety, których nie rozpoznaję, w strojach odświętnych. Wszyscy w ekscentrycznym "ceratowo-goździkowym" lokalu na Podkarpaciu. Po spotkaniu, pamiętam, zadzwoniła do mnie Aneta. Że wszyscy już co najmniej z dwójką dzieci, że tylko ja bez rodziny. I dobrze, że nie pojechałem, nie pasowałbym.

Oglądam te pokraczne kadry kolejny, trzeci już raz. I kiełkuje myśl, że coś za coś. Że na życie rodzinne muszę jeszcze poczekać, na wspólne łóżko, stół, dzieci i kota. Próbuję teraz zliczyć, w ilu hotelach spałem, w ilu łóżkach, garderobach teatralnych, pokojach gościnnych, tylko w tym roku. Ile felietonów napisałem na hotelowych biurkach?

Piszący o teatrze, próbujący zająć się tą dziedziną na poważnie, pragnąc mieć mandat do tego, by na koniec sezonu podsumowywać, wydawać noty i opinie, powinien obejrzeć, myślę, minimum 100 przedstawień. No, chyba, że ogląda je z pozycji "unieruchomionego" Warszawiaka. Śmiała się Strzępka z Demirskim w jednym z przedstawień z tak zwanego "klubu dżentelmenów", stołecznego klubu, który próbuje ferować wyroki? Zresztą, zaczerpnęła ten termin od jednego z warszawskich recenzentów, Tomasza Mościckiego, który to ostatnio zaczął pisywać do jednego z nowo powstałych portali teatralnych. Ten klub wciąż istnieje. Jego członkowie dadzą, na przykład, na koniec sezonu nagrodę aktorce, co to myli się w tekście monodramu. Członkowie klubu, nieformalnego rzecz jasna, zachwycą się najczęściej tym, co obejrzą w weekend w Warszawie.

Tymczasem, już kilka lat temu, życie teatralne wyniosło się z Warszawy. Znam jedynie wyjątki dobrych, stołecznych spektakli. Programów, planów tych scen nie znam, większość to czystej wody eklektyzm. Nie znam programu konsekwentnie realizowanego, choćby takiego, jaki swego czasu miał Teatr Dramatyczny. Konsekwencja, rozmowa z widzem, dialog przeniosły się do Krakowa, Wrocławia, Legnicy, Poznaniu, Bydgoszczy i Wałbrzycha. Sporo zmienia się z Lublinie i Białymstoku. Niezłe przedstawienia zdarzyło mi się widzieć w Gdańsku, Koszalinie, Szczecinie czy w Kielcach.

Wracam do głównej myśli. By posiąść legitymację do ferowania wyroków i rozdawania nagród należy ruszyć w Polskę. Pociągiem, autobusem, czy z kierowcami z blablacar. Widać wówczas jak różnorodne jest nasze życie teatralne. Już mało kogo zajmują stołeczne spory o dyrekcję któregoś z teatrów. Widać, jak z absolutnie innymi problemami borykają się miejscowi dyrektorzy.

Zatem jeżdżę. Od wielu już dni nie ma mnie w domu. Wpadam w zasadzie tylko po to, by wyprać ubrania, rozwiesić i poczekać, aż wyschną. Wracam, by chwilę popracować, napisać tekst, spotkać się z kumplami przy piwie, naprawić piecyk gazowy. Zostawiony pod opieką znajomych pies już prawie mnie nie poznaje, a kobieta w którymś momencie pakuje się i spektakularnie zmyka. W zamian otrzymuję doznania, jakich życzę moim byłym kolegom z klasy. Dostaję emocje, które kocham. Dostaję, wciąż jeszcze, gęsiej skórki na przedstawieniach, niekiedy w oczach mam łzy, mrowienie na karku. Siedząc w ciszy wygaszonej już sceny, która jeszcze oddycha powietrzem spektaklu, bo ten właśnie się skończył. Czy kolegom i koleżankom z klasy czegoś zazdroszczę? Tak. Rodzinnego ciepła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz