sobota, 19 października 2013

"Dom" - opowiadanie Marceliny Widz, uczennicy 2 klasy Społecznego Gimnazjum w Kwidzynie

Mówili, że będę najpiękniejszy w okolicy! Że będę miał wielgachne okna, pokaźne drzwi, okazałe dachówki… Jednocześnie prosili o wyrozumiałość, kazali czekać. Więc czekam.
Na początku był właściciel. To on stworzył calutki plan, nie pomijając nawet najdrobniejszych szczegółów; przydzielił każdemu z jego wesołej rodzinki osobny pokój, odpowiadający zainteresowaniom familii. I tak synowi rozplanował boisko do gry w piłkę nożną. Calutkie dnie potrafiłem obserwować jak zgrabne nogi malucha podają sobie nawzajem piłkę by po chwili wyrzucić ją na plac budowy, między taczki i poukładane wkoło cegły.
Najczęściej na placu zjawiały się jednak istoty w roboczych uniformach, nie dość, że podobni do siebie, to jeszcze do tego tak samo zdeterminowani by skończyć budowę na czas. Mijały godziny, te w mgnieniu oka przemieniały się w dni, pędziły bez chwili wytchnienia, aż w końcu dziwnym zrządzeniem losu zostawiły mnie, samotnego, na opustoszałym placu budowy.
Poranek, jak każdy inny, rozpoczął się od brzęczenia uruchomionych już o tej porze dnia maszyn oraz stukotu pracujących w pocie czoła łopat. Potem jednak do tej melodii wkradł się inny, nieznajomy dźwięk - krzyk.
- Mówiłam, że ta inwestycja będzie nas kosztować zbyt wiele? Zbyt wiele wysiłku, fizycznego jak i psychicznego, zbyt wiele pieniędzy włożonych w ten dom! Rezygnuję.
Nagłe tupnięcie, odgłos zamykania drzwiczek samochodowych, cisza. Właściciel został sam.
- I co ja mam teraz zrobić? Nie mamy już żadnych oszczędności, dzieci nas opuściły… Ja jednak tu wrócę, nie mogę przecież tak szybko dać za wygraną. - wyszeptał niczym przysięgę zapieczętowaną przez wnętrze niedokończonego budynku. Jak obietnicę, której nigdy już nie miał dotrzymać.
*
Siedem lat, właśnie tyle minęło. A ja wciąż czekam. Moje wnętrze pokryło się kurzem i brudem. Te nieznośne bakterie są niemal wszędzie! Osiadają na zardzewiałych taczkach, na puszkach po farbach, na butelkach po piwie. Robotnicy lubili robić sobie długie przerwy. Na korytarzu szaleją myszy, na półpiętrze panoszą się robaki. Brud. Brud. Brud. Jest dosłownie wszędzie.
Czy jestem samotny? Ależ skąd! Najróżniejsza mieszanka istot zwanych ludźmi odwiedza mnie codziennie. Pijacy, wagarowicze, imprezowicze, dzieciaki. Nie kopią już piłek, tylko puszki. Na strychu nie ćwiczą układów tanecznych tylko puszczają dziwaczne, pulsujące rytmy. Nie planują wyglądu kuchni, tylko całą ją niszczą, bawiąc się przy tym znakomicie.

A ja? Co JA w takim razie robię? Odpowiedź jest prosta. Prosili o wyrozumiałość, kazali czekać, obiecali, że do mnie wrócą. Więc czekam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz