wtorek, 3 września 2013

Edinburgh Festival Fringe opisuje zdobywca tegorocznego Fringe First, Robert Zawadzki.

Zespół „Quietly” po ostatnim spektaklu, w barze Traverse Theatre na chwilę przed wyjazdem do domów. Od lewej: Owen McCafferty, Robert Zawadzki, Patrick O’Kane, Declan Conlon i Jimmy Fay.

Mój Fringe

Po ubiegłorocznej premierze sztuki „Quietly” Owena McCafferty w dublińskim The Abbey Theatre z radością przyjąłem wiadomość, że spektakl, który graliśmy w Irlandii będzie miał swoją brytyjską premierę na Edinburgh Festival Fringe. Anglosaski system teatralny jest zasadniczo różny od tego, który mamy w Polsce. Zarówno w Wielkiej Brytanii jak i Irlandii spektakl po premierze grany jest zazwyczaj około czterech, pięciu tygodni po czym kończy swój żywot wraz z ostatnim przedstawieniem uwzględnionym w repertuarze. A repertuar na każdy miesiąc ustalany jest na długo przed początkiem sezonu. Nie ukrywam, że miało to spory wpływ na moją decyzję wzięcia udziału w przesłuchaniu do spektaklu. Wiedząc odpowiednio wcześniej kiedy i na jak długo będę potrzebny, mogłem poukładać swoje sprawy zawodowe w Polsce tak, aby nie utrudniać pracy żadnemu teatrowi, z którym jestem związany. Granie przez pięć tygodni, codziennie tego samego spektaklu było nowym doświadczeniem i ekscytującym wyzwaniem.

To, co przeżyłem w ubiegłym roku, grając w Dublinie wydawało mi się przygodą życia i wówczas w istocie nią było. A jednak uczestnictwo w największym światowym festiwalu teatralnym, granie przy kompletach publiczności w Traverse Theatre, na którym skupiona jest uwaga wszystkich, którzy szukają w Edynburgu nie tylko rozrywki, ale chcą zapoznać się z współczesną światową dramaturgią, oraz przyznanie nam przez „The Scotsman” Fringe First przebiło poprzednią radość po stokroć.

Zanim przylecieliśmy do Edynburga, w ostatnim tygodniu lipca spotkaliśmy się ponownie w Dublinie, gdzie przez sześć dni, po osiem godzin dziennie wznawialiśmy spektakl. To było niemałym zaskoczeniem, wziąwszy pod uwagę fakt, że bierze w nim udział tylko trzech aktorów, nie jest zbyt skomplikowany technicznie a ostatni raz grany był zaledwie przed siedmioma miesiącami. A może ja po prostu przyzwyczajony już jestem do naszej polskiej partyzantki, szybkich zastępstw, jednej, czasem dwóch „wznowieniówek”?

W Szkocji od 1 do 25 sierpnia zagraliśmy dwadzieścia dwa spektakle. Codziennie, z wyjątkiem poniedziałków. Każdego dnia o innej godzinie: 11.00, 13.30, 16.00, 18.30 i 21.00 po czym cykl się powtarzał. Było to uwarunkowane tym, że przestrzeń, na której prezentowany był nasz spektakl dzieliliśmy z kilkoma innymi zespołami. Codziennie pracownicy techniczni Traverse Theatre wykonywali tytaniczną pracę, montując scenografię przed każdym spektaklem danego teatru, demontując ją po, stawiając kolejną. Zmiany scenografii dopracowane mieli niemal do perfekcji. Żadnych opóźnień, żadnej fuszery. Wszystko tak jak być powinno. Raz tylko, w trakcie spektaklu, otwieracz od baru odpadł mi kiedy otwierałem butelkę Coca-Coli, bo był słabo przykręcony, ale to drobiazg. Reszta chodziła jak w szwajcarskim zegarku. À propos zegarka... Granie o różnych godzinach miało jedną dużą zaletę. Otóż, w wolnym czasie mogłem oglądać co tylko chciałem i gdzie było coś godnego uwagi. W „naszym” Traverse Theatre widziałem fantastyczną Lucy Ellison w roli eks-pilota myśliwca w „Grounded” z londyńskiego The Gate Theatre, przejmującą opowieść „Cadre” o marzeniach i dążeniu do wolności w Południowej Afryce – koprodukcję teatrów z Chicago i Johannesburga. Oglądałem najnowszą sztukę szkockiego dramatopisarza Davida Harrowera (znanego w Polsce z „Blackbird” oraz „Noże w kurach”), pod tytułem „Ciara”. Dotarłem na ciekawy eksperyment teatralny „Fight Night” belgijsko-australijskiej grupy Ontroerend Goed, badający kondycję demokracji, systemu najlepszego jakim dysponujemy a jednocześnie obnażający jego niedoskonałości. Irlandczyków, których teatr odniósł spory sukces na tegorocznym festiwalu zdobywając aż trzy nagrody Fringe First, oprócz nas reprezentował w Traverse spektakl „Have I no mouth” grupy Brokentalkers. A tuż przed samym wyjazdem zobaczyłem „The Events” – koprodukcję Young Vic Theatre z Londynu, norweskiego Brageteatret oraz Schauspielhaus z Wiednia, poruszającą historię tragedii, obsesji i destrukcyjnej chęci pojęcia niepojętego, toczącą się w tle wydarzeń na norweskiej wyspie Utoya.

Z innych „venue”, czyli miejsc prezentacji spektakli podczas festiwalu, bardzo ciekawe propozycje miała „Assembly Hall”. Oferowała znakomity popis aktorski Toma Vaughn-Lawlora w spektaklu „Howie the Rookie”, autorstwa irlandzkiego dramatopisarza Marka O’Rowe oraz „Nirbhaya” – spektakl, który mnie emocjonalnie zdewastował, a z tego, co zaobserwowałem na sali, nie tylko mnie. „Nirbhaya” to wstrząsająca spowiedź ofiar przemocy seksualnej bazująca na wydarzeniu z grudnia ubiegłego roku z Dehli, gdzie młoda dziewczyna została brutalnie zgwałcona przez grupę bandytów, podczas gdy wracała z chłopakiem, wieczornym autobusem z kina do domu. Trudno jest jakkolwiek opisać, czy zrecenzować to, co wydarzyło się na scenie, ponieważ istnieje duże ryzyko zbanalizowania tej historii. Recenzją tego spektaklu były zdezorientowane, przestraszone, zapłakane oczy widzów, które widziałem, wychodząc z teatru. Chwilę po spektaklu wychodząc z Assembly Hall spotkałem jedną z jego bohaterek. Młoda dziewczyna z porażającymi śladami poparzeń na twarzy i rękach, która w sposób niezwykle prosty a jednocześnie wstrząsający opowiadała ze sceny historię gwałtu i okaleczenia. Chciałem podziękować ale ściśnięte gardło nie pozwoliło mi wydobyć słowa. Jedyne co pozostaje w takiej chwili kiedy brakuje słów to najprostsze ludzkie odruchy. Na szczęście oboje mieliśmy ten sam. Potężna jest moc zwykłego przytulenia.
Do spektakli, które wzbudziły mój podziw należy także dodać duńskie „BLAM!”. Spektakularne show z pogranicza kaskaderstwa, tańca, akrobatyki i parkour, zachowujące wszelkie cechy teatru. Tak sprawnych fizycznie aktorów nie widziałem od dawna. Czapki z głów.

Przedstawień, które obejrzałem przez te pięć tygodni mógłbym jeszcze wymienić kilkanaście, ale oczywiście nie wszystkie przyciągnęły moją uwagę tak bardzo jak te, o których tu wspominam. Starałem się dobierać to, co oglądam bardzo uważnie, raz ze względu na ceny biletów, które do najtańszych nie należały a po drugie chciałem zachować pewien poziom, poniżej którego jako widz schodzić nie chciałem. W Edynburgu, warto kierować się opiniami innych widzów, rozmawiać, wypytywać, pomocne są też recenzje. Ale przede wszystkim trzeba mieć dobrego nosa. Zdarzały się również i wpadki, te jednak zaliczam do uroku kolorowego i z ogromnym rozmachem pomyślanego festiwalu.

Oprócz teatru, wokół którego wszystko się kręciło, oraz niebywale pięknego wzniesienia w samym centrum, zwanego „Arthur’s Seat”, z którego można podziwiać niezwykłą panoramę miasta i zatoki, zapamiętam spotkania i rozmowy z ludźmi. Gdzieżbym ja, wiecznie szukający pracy polski aktor, pomyślał, że zagram na Fringu, współpracując z Owenem McCafferty'm, otrzymam zaproszenie na spektakl Marka O’Rowe od samego autora, a David Harrower przy szklaneczce whisky oświeci mnie, że szkocki Teatr Narodowy nie ma własnej siedziby oraz podpowie gdzie i o jakiej porze powinienem spacerować. To, co teraz napiszę może się wydać banalne, ale z perspektywy osoby, dla której teatr jest sensem życia, zachwyconej sztukami Irlandczyków i Szkotów, dramatami które budzą podziw, rodzą pytania i prowokują dyskusje, takie spotkania są czymś bezcennym, w pewnym sensie metafizycznym. To trochę tak, jakbym w dzieciństwie spotkał Pana Kleksa, wziął udział w zajęciach Akademii a na końcu dostał od niego piegi, które podobno znakomicie działały na rozum. Równie ciekawe było spotkanie po jednym z ostatnich spektakli „Quietly” z dwiema Brytyjkami, siostrami, świetnie mówiącymi po polsku, które niemal mnie staranowały przed wyjściem z teatru, pragnąc porozmawiać w języku swoich rodziców, którzy przybyli do Wielkiej Brytanii podczas II Wojny Światowej. Obie były w Polsce tylko raz, przez miesiąc a wypowiadały się o niej z taką nostalgią i używały tak pięknej polszczyzny, że nie mogłem przestać ich słuchać. Przeszła mi po głowie myśl, że może dlatego tak gloryfikują Polskę, bo były w niej tylko raz, na wakacjach... ale po pewnym czasie uświadomiłem sobie, że mają sporo racji w tym co mówią. U nas chleb, warzywa i jeszcze kilka innych rzeczy z teatrem włącznie ma bardzo dobry, wyrazisty smak. Nie powinniśmy mieć kompleksów. Podobnych rozmów z widzami było bez liku. W trakcie pobytu w Edynburgu Polaków spotkałem niewielu, za to z dumą i radością słuchałem o polskim teatrze od wielu rozmówców, którzy na wieść skąd pochodzę wspominali sukcesy i wspaniałe spektakle polskich artystów, wymieniając Teatr Biuro Podróży czy Pieśń Kozła. Czułem się trochę jak piłkarz grający w Lidze Mistrzów w obcej drużynie. Masz polski paszport więc w jakimś sensie reprezentujesz Polskę, ale sukcesy idą na konto drużyny w której grasz. Na całe szczęście w tej „Lidze Mistrzów” polskie „kluby” święciły już niejednokrotnie triumfy.

Podczas wielu spotkań zdarzały się sytuacje śmieszne, jak ta, kiedy to pewne starsze małżeństwo z zachwytem w oczach dziękując mi za spektakl zadało pytanie, na które odpowiadałem już wcześniej średnio raz dziennie: - Are you really Polish? - Yes, I am. Odpowiedziałem. - Oh, I thought it was such a good acting. Dodała przemiła Pani. Albo szef chińskiego festiwalu teatralnego, który wstępnie zaproponował nam przyjazd do Pekinu, pod warunkiem jednak, że usuniemy ze spektaklu kilkukrotnie pojawiające się w nim słowo „fuck”. Niekiedy bywało mniej śmiesznie. Na własnej skórze odczułem, że nie wszyscy w tym otwartym mieście są otwarci i nie każdy lubi przyjezdnych, paradoksalnie nawet wychodząc ze spektaklu, który podejmuje problem ksenofobii i braku tolerancji na tle narodowościowym. O tym jednak pisać nie chcę, bo były to zachowania jednostkowe na Festiwalu Fringe w Edynburgu , na wspaniałej uczcie teatralnej, sprawnie zorganizowanej imprezie w przepięknym mieście. Wymagającej dużo pracy i wysiłku osób, w niej uczestniczących, zwłaszcza tych, którzy mieli mniej szczęścia niż ja i musieli sami zabiegać o widza. To wszystko co dzieje się w sierpniu w Edynburgu jest tak obszerne, że nie da się napisać obiektywnie jak jest naprawdę. Kto tego doświadczył będzie w stanie zrelacjonować tylko swoje doznania, swój odbiór miejsca, który jest konsekwencją wyborów jakich dokonał i wydarzeń, w których uczestniczył. To, co powyżej opisałem, to Fringe widziany moimi oczami. Mój Fringe. Prywatny, osobisty, subiektywny.

I na koniec jeszcze ta fantastyczna informacja o nagrodzie dla najlepszego aktora festiwalu dla Patricka O’Kane’a za rolę Jimmiego w naszym spektaklu. Wielka radość i duma.

Do Polski wróciłem w niedzielę w nocy 25 sierpnia, w dniu, w którym graliśmy jeszcze ostatni spektakl. Po nim szybkie pożegnalne piwo z całą ekipą i wyjazd na lotnisko. Kiedy na drugi dzień obudziłem się w swoim łóżku, przez chwilę miałem poczucie, że to wszystko mi się śniło i wtedy zaczęły przychodzić smsy oraz maile z podziękowaniami za wspólnie spędzony czas. Mylił się Calderon, życie nie jest snem. I ja dziękuję...do zobaczenia...cześć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz