piątek, 9 sierpnia 2013

Felieton: Błotem w kajakarza

Sierpień spędzam na Roztoczu, w maleńkiej miejscowości położonej pośród zalesionych wzgórz, w dolinie, na festiwalu filmowym. Tak, jest idyllicznie, wiem, wiem. A do tego filmy, oglądane w kilku salkach kinowych, spektakle, które pomagam organizatorom wybrać, które zapraszam. I tak już od dekady. W przerwie między filmami biorę kajak i spływam rzeką Wieprz do Szczebrzeszyna. By sprawdzić czy pomnika chrząszcza nikt nie ukradł (był już taki przypadek), podejść na rynek, na kirkut. Leniwe miasto topi się w sierpniowym upale. Zdaje się, jakby trzy stojące obok siebie świątynie prowadziły rozmowę o dawnych czasach. Miasto wielu kultur, religii, miasto tolerancji. Tu, obok siebie żyli wyznawcy judaizmu, katolicyzmu i protestantyzmu. Jak w wielu podobnych miasteczkach Zamojszczyzny.

Wynajmujemy trzy kajaki, na trzyipółgodzinny spływ. Znam tę trasę, znów mnie zachwyca swoją malowniczością, mijanymi pachnącymi łąkami i ciemnymi lasami. Płyniemy przez małe wioski dzielące oba miasteczka: Bagno, Żurawnicę, Turzyniec, Brody. W wodzie stoją krowy, chłodzą się, bo upał jak jasna cholera. W kajaku znośnie. Przed nami płynie para sześćdziesięciolatków. Machamy do siebie, na postojach pomagam im wciągnąć kajak.

Trasa utkana jest naturalnymi przeszkodami. Wystające korzenie, progi wodne, mostki. Są i przeszkody ludzkie. Na rzece traktowani jesteśmy przez autochtonów jak intruzi. Grupa wyrostków z sypiącym się wąsem stoi na brzegu, czeka aż podpłyniemy i rzuca się na tak zwaną "bombę" do wody, by ochlapać nas, zalać kajak. Myślę, takie "smigus-dyngus", tylko sierpniowa porą. No trudno, folklor wiejski, trzeba zmilczeć. Kilometr dalej, stojące na mostku podrostki zapraszają moje przyjaciółki z sąsiedniego kajaka na dyskę w Brodach Małych. No, to też znośne, śmieszne nawet te grubo ciosane zaloty. Ale potem przestaje być śmiesznie. Kolejna grupa, gdzieś w okolicy Turzyńca obrzuca płynących błotem, śmiejąc się do rozpuku. Jeszcze dalej, gdy rzeka ostro skręca, miejscowi chłopcy zbudowali tamę. Niezmiernie ciężko ją ominąć. Budowniczy czekają aż kajak się przewróci. Zaopatrzeni w łopatę i inne narzędzia brodzą bo mieliźnie, szukając wartościowych przedmiotów, które podróżującym wypadły z łódki. Małoletni szabrownicy. Dalej podobna zapora. Taki sposób na wakacyjny zarobek na Roztoczu.

Płyniemy, omijamy zapory, wytrzymujemy rechoty i oczekujący wzrok osiemnastoletnich szabrowników. Koleżanka uchyla się od kuli błota lecącej w stronę jej twarzy. Mijamy kolejne grupy tubylców wrogo nastawione do turystów, do inności. Bo w roztoczańskich wioskach inny to wróg. Protoplaści tych małoletnich chuliganów w Dwudziestoleciu też stali, tyle że przy głównej ulicy wioski. Podbiegali i szarpali za brodę idącego wolnym krokiem starego Żyda. Ich ojcowie wiązali sznurem psy do samochodu, włóczyli zwierzęta wzdłuż ulicy. Obecnie, ich dzieci już nie stoją przy ulicy. Stoją na brzegu rzeki. Rzucają błotem. To co podobne, co się przez lata nie zmieniło to ten rechot. Długo go zapamiętam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz