piątek, 23 sierpnia 2013

"Bisty Grydlik", one man show Mateusza Grydlika


Zaje..... Grydlik

Jest taki typ humoru, obecnie niestety dość rzadki. Tym typem humoru skrzy się spektakl „Bisty Grydlik”. Rechoczący widzowie, karmieni okołolędźwiowymi dowcipasami lejącym się z kabaretonów w Dwójce nie złapią go, nie poczują. Z kolei dla przeintelektualizowanych studenciaków te skecze będą zbyt ludyczne, zbyt mało wyrafinowane. Typ humoru Mateusza Grydlika ciągnie się w prostej linii od Kabaretu Potem, a jeszcze dalej od Dudka. W zasadzie ciężko sklasyfikować wydarzenie wyreżyserowane i zagrane przez Grydlika. One man show? Stand up? Kabaret? Aktor śpiewa kilka napisanych przez siebie piosenek, pomiędzy którymi opowiada parę zabawnych historii z życia postaci, którą odgrywa. Akompaniuje mu na keyboardzie Maja Lenar, czasem coś dopowie, zareaguje na zaczepkę. Grydlik śmieje się, że nosi halabardę w jednym z warszawskich teatrów, gra tła. Autoironią, drwiną wygrywa, publiczność to kupuje. Nieczytelny zrazu tytuł autor tłumaczy tak: „chciałem napisać Zajebisty Grydlik, ale by było skromniej, zostawiłem samo Bisty”. Przez ponad godzinę jest wesoło. Wyostrzonej ironii, celnych puent, mocnych, rozkładających na łopatki dowcipów można się zresztą spodziewać po zdobywcy Grand Prix na festiwalu PAKA. Grydlik występował w Krakowie kilka lat temu z kabaretem Macież, dla którego pisał teksty skeczy. W „Bisty Grydlik” słuchamy o genezie piosenki bieszczadzkiej, pieśni o połoninach, takiej rodem z festiwalu „Bieszczadzkie anioły”. Śmiejemy się z rytmów disco polo. Bawimy przy recitalu piosenki aktorskiej.


Jest w tych piosenkach literacki dryg, w monologach nostalgia za zwariowanymi latami dziewięćdziesiątymi. To zresztą kolejne przedstawienie, stworzone przez osobę, która dojrzewała w tych latach, ironicznie się do tego czasu odnoszące. Śmieje się Grydlik z piosenek, których wówczas słuchaliśmy. Żartuje z czasów, gdy jako dzieci staraliśmy się nucić angielskie kawałki, mocno kalecząc język, zmieniając wymowę, beznamiętnie, fonetycznie powtarzając banalne teksty. Kpi z harcerstwa, do którego należał. Czuć, że mocno czerpie z osobistych historii. Najzabawniejszy i chyba najlepiej napisany jest kawałek o rzucaniu palenia, prawdziwy, oszlifowany diament. Świetna jest parodia wrocławskiego Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Do mikrofonu podchodzi stara raszpla, diwa tego przeglądu i śpiewa o tym... że śpiewa. Autor celnie, wyśmienicie parodiuje numerasy Jandy, Umer czy Celińskiej. Wyuczone ukłony, ta fałszywa, wystudiowana skromność gwiazdy. Doskonały jest numer, w którym wykrzykuje zestaw cytatów ze znanych lektur, od Mickiewicza począwszy. Turla się przy tym po podłodze, pełza, zgięty w pałąk bawi się swoim natchnieniem. Może trochę brakuje mi częstszego kontaktu z widownią, większej improwizacji. Może gdzieniegdzie nie trafia w nutę, szczerze uprzedza że nie jest wybitnym wokalistą. Jest jednak w „Bisty Grydlik” świeżość, siła, mądry tekst i ten typ humoru. Ten, który cenię najbardziej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz