wtorek, 20 sierpnia 2013

Biennale Teatralne w Wenecji opisuje Paweł Palcat

Jan Lauwers / Needcompany "Marketplace 76"

11 dni, 20 spektakli, 17 warsztatów, 13 spotkań z reżyserami i dramaturgami. A to wszystko latem, w zalanej turystami Wenecji, podczas 42. biennale teatralnego. Idealny urlop dla tych, którzy na plaży nie wytrzymują dłużej niż kwadrans. Doskonały sposób na nadrobienie teatralnych zaległości.

Wenecja zaskakuje. Wszystkich, zawsze i o każdej porze. Wysiadasz wieczorem z autobusu na Piazzale Roma i już wiesz, że nie będzie łatwo. Na nic mapy, gpsy, harcerskie nauki orientacji w terenie. Dyskretny półmrok romantycznie i groźnie wyglądających uliczek, bijące z kamieni ciepło i zmęczenie skutecznie mieszają w głowie. A z każdym błędnym wejściem w malowniczą, wąską uliczkę odcisk na stopie rośnie. To bodaj Brodski pisał, że po tym mieście poruszamy się ruchem konika szachowego. Po czterdziestu minutach wreszcie jest. Hostel na San Toma, w dzielnicy San Polo.

Pobudka o siódmej rano. Budzik nie był potrzebny, bo japoński turysta z pokoju obok najwyraźniej postanowił zostać współczesnym Casanovą. Szybka decyzja o zmianie pokoju. Espresso w barze z gondolierami. Brak turystów. Krótki spacer przez Ponte Accademia do Ca’Giustiniani przy Placu Św. Marka. Papieros. Na zegarku dziewiąta: warsztaty czas zacząć.

Dwadzieścia osób. Jestem jednym z dwóch obcokrajowców, jedynym, który po włosku potrafi się tylko przywitać. Kiepska, stresująca sytuacja, zważywszy, że warsztaty są dramaturgiczne, a większość uczestników po angielsku mówi jak ja po włosku. Żeby nie spowalniać pracy, wszystko tłumaczą mi dwie fantastyczne dziewczyny, a następnego dnia dostaję osobistego tłumacza. Alex Rigola, dyrektor artystyczny teatralnego biennale, przywitał nas i z miejsca trochę onieśmielił, wspominając, jak ostra była selekcja. Szkoda tylko, że nikt nie sprawdził językowych predyspozycji uczestników. Do głosu doszedł Fausto Paravidino i zaczęliśmy pracę.

O szczegółach warsztatów nie napiszę. Tajemnica okupiona męczącą logistyką i niemałą sumą ciężko zarobionych euro. W ciągu pięciu dni sześciogodzinnych zajęć nad dramaturgią „Króla Leara” udało mi się współtworzyć dwie zabawne sceny: o księdzu, podrywającym zbłąkanych turystów w kościele oraz o rokującej reżyserce teatralnej, której dawna kariera gwiazdki porno wychodzi na jaw w najmniej odpowiednim momencie. Bardzo to życiowe.

Fausto Paravidino to jeden z najciekawszych włoskich dramaturgów. Szkoda, że po polsku dostępny jest tylko jeden jego dramat: „Dwaj bracia”, zamieszczony w antologii Na jeden i kilka głosów. Sztuki włoskie” („Martwej natury w rowie” w warszawskim Dramatycznym nie widziałem). Jego metoda pisania jest silnie związana z aktorstwem. Idealne połączenie. Wszyscy pytali mnie, dlaczego zdecydowałem się na warsztaty właśnie u niego. Cóż, Fausto też zaczynał jako aktor. Reżyseria i pisanie przyszły z czasem. Z jego uwagami dotyczącymi roli dramaturga w procesie powstawania spektaklu identyfikuję się, gdy zaczynam pracę nad nowym projektem. Równie mocno zależało mi na warsztatach u Floriana Borchmeyera. Tam jednak wylądowałem na liście oczekujących.

Ideą organizatorów było zapewnienie uczestnikom możliwie najpełniejszego przeżycia całego biennale. Stąd możliwość wykupienia promocyjnego abonamentu na kilka spektakli, ekstra bilet w promocji 20 euro. Promocja? Ceny zmusiły mnie do selekcji zaproponowanych spektakli. Całe szczęście spotkania z twórcami oraz ceremonia wręczenia Złotego i Srebrnego Lwa Romeo Castellucciemu i Angelice Liddell były darmowe. Darmowy był też wtedy internet. A przyjemność odpoczynku w klimatyzowanej sali: bezcenna.
Pierwsze wydarzenie to recital Ute Lemper w teatrze La Fenice. Można lubić lub nie, ale z pewnością należy Ute choć raz posłuchać. Jej podróż w czasie (typowa dramaturgia recitali) to nie tylko Brecht i Weil, ale też The Doors, Piaf, „Chicago”. Utwory wykonała lekko i perfekcyjnie. Kontrolowany flirt z siedzącym na widowni niejakim Luchiano okazał się całkiem dowcipny. A i miejsce przepiękne. Udany wieczór dla mieszczuchów. Tylko i aż tyle. Po recitalu wysłuchałem bezlitosnej krytyki kolegów-warsztatowiczów.

Moja cierpliwość wystawiona została na poważną próbę następnego dnia. Spektakl „Seuls” („Samotni”) Wajdiego Mouawabe, który współpracował z Warlikowskim przy „Tramwaju”, zapowiadał się interesująco. Dwugodzinny monodram o tożsamości kulturowej, narodowej z porywającym punktem zwrotnym i wzruszającym finałem (choć jedna ze znajomych określiła to jako „nieznośne action painting”) grany po francusku i libańsku tłumaczony był tylko na włoski. To poważny błąd organizatorów międzynarodowego festiwalu, o którym wspomniał Jan Lauwers podczas spotkania z widzami. Choć francuskiego nie znam, okazało się, że spektakl był dostatecznie zrozumiały bez znajomości języka. Lauwers z „Rodzeństwa” w reż. Krystiana Lupy wyszedł po pierwszej części. Szkoda, bo spektakl świetny, ale bez polskiego i włoskiego subtelności kreacji Hajewskiej- Krzysztofik, Mandat i Skiby oraz reżyserska precyzja były kompletnie niezrozumiałe.

Wracając do cierpliwości. Po Wajdim czas na monodram Guya Cassiersa „Sunken Red” w wykonaniu Dirka Roofthoofta. Grany jest po angielsku, na scenie w byłej stoczni. I co z tego? Sto czterdzieści minut historii mężczyzny wychowującego się w japońskim obozie koncentracyjnym. Ciekawie granej, jednak po trzydziestu minutach i awarii klimatyzacji nie tylko ja miałem dość. Wychodzący widzowie byli najżywszym elementem tej, skądinąd technologicznie imponującej, inscenizacji.

Potem było już tylko lepiej. Jan Lauwers z grupą Needcompany pokazali, znany z tegorocznej Malty, „Marketplace 76”, historię małego miasteczka, którego mieszkańców co chwilę dotykają niewiarygodne wręcz tragedie. Historię, w której nikt nie jest bez winy. Spektakl zagrany po brechtowsku, zatańczony i wyśpiewany, opatrzony komentarzami rodem z von Triera, tworzącymi groteskowy dystans, który pogłębiał okropność tragedii. Tu nikt nie udawał, że nie jesteśmy w teatrze. Każdy o tym przypominał. A jednak wrażenie było potężne.

Rodzeństwo”. Lupa i jego aktorzy dostali w Teatrze Goldoniego takie owacje, których wcześniej nigdy nie słyszałem. A wenecka publiczność jest podobno wymagająca. Porównywalne były tylko z „Ein Volskfeind” Ostermeiera. Duet Ostermeier/ Borchmeyer pokazał ibsenowskiego „Wroga ludu”, historię doktora Stockmanna, który odkrywa, że woda w uzdrowisku jest zatruta. Początkowo wspierany przez lokalnych dziennikarzy, traci poparcie gdy okazuje się, że upublicznienie informacji grozi dwuletnim zamknięciem kurortu. Ekonomiczne konsekwencje dla miasteczka byłyby katastrofalne. Laureat Złotego Lwa 2011 wraz ze swoim dramaturgiem po mistrzowsku uwypuklili hipokryzję lokalnych polityków, prasy, ale również ideowców, takich, jak Stockmann. Jego przemowa na zebraniu rady miejskiej (tekst Ibsena zastąpiony anonimowym pamfletem „L’insurrection qui vent” z 2007 roku) otwiera prawdziwą, przekraczającą ramy teatru, debatę. Czegoś takiego dotychczas nie oglądałem. Zachęcani przez aktorów widzowie rozgrzani do czerwoności, analizują upadki lokalnych firm. Podzielona publiczność oklaskuje i wygwizduje Stockmanna mówiącego: „Ekonomia nie walczy z kryzysem. Ekonomia jest kryzysem”. Na spotkaniu Ostermeier opowiadał o reakcjach na ten fragment w innych państwach., Pogrążona w kryzysie Grecja wydawała się idealnym forum na tego typu debatę. Tymczasem tam na widowni zapadła cisza. Grecy byli zwyczajnie zmęczeni tematem. Scenę kończy aktor, który z wściekłością rzuca balony wypełnione farbą w stronę Stockmanna. Przydały się płaszcze przeciwdeszczowe rozdawane w pierwszych rzędach.

Natura e origine della mente” to ostatni spektakl, który obejrzałem w Wenecji. Warsztatowy. Powstał w ciągu dziewięciu dni biennale. Kilkunastu młodych aktorów pod wodzą Romeo Castellucciego i wsparciu jego Societas Raffaello Sanzio próbowało prześledzić ludzką skłonność do nadawania znaczeń przypadkowym zdarzeniom. Wisząca kilka metrów nad ziemią dziewczyna, próbująca desperacko sięgnąć ręką liny, staje się przypadkowo obiektem naszego (bo wywiedzionego ze stojącej pod dziewczęciem widowni) kultu. Kultu, który doprowadza do samounicestwienia wyznawców. Castellucci igra z naszym postrzeganiem świata. Wszystko wydaje się normalne, ale witający nas pies miauczy jak kot, a aktorzy mają po sześć palców u dłoni, cztery nogi, mówią wieloma językami i głosami. Umysł widza wypada z przyzwyczajeń i trudno jest stwierdzić, czy wyznawcy tworzącej się na naszych oczach religii to głupcy. Może po prostu postrzegają wszystko inaczej?

Biennale to nie tylko teatr. To również doskonała okazja do głębszego poznania Wenecji. Ostatnim razem spędziłem tu zaledwie kilka godzin. Niewiele. Większość muzeów jest płatna (mój budżet i czas pozwoliły na odwiedziny jedynie Peggy Guggenheim Collection). Przez jedenaście dni mogłem spokojnie „nauczyć” się tego miasta, docenić wieczorny spacer na plac Św. Małgorzaty, gdzie, wśród tubylców, odnalazłem swoje miejsce, swój bar, swój stolik. Nawet w południe można odetchnąć od turystów, sprzedawców podrabianych torebek i nagabujących gondolierów. Wystarczy pójść na zachód – do getta, na południe – w okolice domu Brodskiego, północ – z widokiem na wyspę-cmentarz St. Michele lub wschód – miejskie ogrody z pawilonami biennale. Można zrobić sobie przerwę, spędzając dzień na plaży Lido, poszukać Aschenbacha i jego Tadzia albo obserwując przygotowania do inwazji gwiazd przed pałacem festiwalu filmowego. Szczególne są wieczory, kiedy gondole z turystami odpłynęły, a z każdego placu słychać muzykę graną na żywo.

W drodze powrotnej, w Berlinie udało mi się obejrzeć „Hamleta” w Schaubuehne. W reżyserii Ostermeiera, oczywiście. Pół nocy nie spałem po tym spektaklu. Napisałem jedno zdanie: „Herr Ostereier, du hast mich getoetet!”. Szukając śmierci w Wenecji, znalazłem ją w Berlinie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz