środa, 3 lipca 2013

Felieton: Ósemki i Mikołajczyk na Malcie

Premiera "Ceglorza" Teatru Ósmego Dnia odbyła się w nieczynnej hali W7 zakładów im. Cegielskiego. To ważne miejsce dla najnowszej historii miasta, zresztą historia na Malcie chodzi za mną krok za krokiem. Dziś, gdy piszę ten felieton, mija rocznica wydarzeń Czerwca 56. Tramwaje udekorowane barwami narodowymi, jakieś demonstracje, pochody, a za stołem w foyer Teatru Nowego... Izabella Cywińska. Przyjechała na zaproszenie dyrekcji, na konferencję prasową podsumowującą mijający sezon. Reżyserka słynnego przedstawienia "Oskarżony: Poznań 56", w stanie wojennym była za swe politycznie zaangażowane spektakle internowana. Na Malcie oglądała showcase spektakli Nowego, wybiera aktorów do premiery, którą pokaże w przyszłym sezonie.

Wracam do Ósemek. Oglądam spektakl nie z cyklu "stolikowo-stołkowego", a w stylistyce ich działań ulicznych. Pokaz organizują nocą w starej, nieczynnej już, pustej hali. Miejsce pracuje na odbiór tego antykapitalistycznego wydarzenia. Czuć tu zapach smaru, przy suficie wisi stary zegar. Czas stanął w miejscu na za dwadzieścia siódma. Może poranna zmiana już nie dotarła do pracy? "Wuchta wiary" zwolniona przez nowych właścicieli fabryki, więc i wysłużony, zardzewiały zegar stwierdził że nie ma komu mierzyć czasu.

Aktorzy, stojąc na jeżdżących platformach, nalewają z ogromnego kotła herbatę. Każdy może się napić. Na zewnątrz zimno, pada rzęsisty deszcz. Herbata to zbawienie. Słuchamy świadectw byłych pracowników zakładu. Bo Ceglorz i jego pracownicy to główni bohaterowie przedstawienia. Na ścianach puszczono prześwietlone zdjęcia wnętrza hali stojącej nieopodal. Większej, wyższej niż ta, w której stoję. Jeszcze tylko tam stoją maszyny, praca wre. Inne przestrzenie starego zakładu albo sprzedane, albo opuszczone. Na projekcji, jak do biblijnej arki idą żyrafy, fruną papugi - dżungla to pierwsze skojarzenie. Dżungla na miejscu fabryki.

Obok mnie stoi starsza para. Siwy Pan emocjonalnie wyłuszcza małżonce, co właśnie oglądamy na projekcjach. Tłumaczy, do czego służą maszyny, piece. Zagaduję. Cieszy się, że ma jednego słuchacza więcej. Jest pracownikiem Ceglorza, wciąż jeszcze ma pracę, ale boi się zwolnień. Wyświetlono na ścianie cytaty z Kuronia i Modzelewskiego o pracownikach, o zakładach, o przemyśle, o etosie robotnika. Że nie tylko pieniądz się liczy, ale człowiek, robotnik. Padają daty i liczby wyprodukowanych silników. Siwy Pan cieszy się mówiąc, że halę wynajmie Teatr Ósmego Dnia, że na terenie zakładu znów coś się będzie działo, będą pracować "artysty". Liczby zmniejszają się, "produkcja tu pada" - konstatuje. Rozmowę przerywają nam aktorzy uderzając metalowymi przedmiotami w blachę. Stoją w różnych miejscach hali. Zamykam oczy. Nieznośny hałas dominował w tej przestrzeni w czasach świetności, gdy pracowali tu świadomi robotnicy, uczestnicy strajku z 1956 roku. Na fabrycznej ścianie wyświetlono sypiące się, PRL-owskie monety. W pustej hali młodzi ludzie walą w bębny, znów huk. A byli pracownicy biorą się pod ręce i tańczą. Pustka w Ceglorzu, zwolnienia, brak pracy. Na pocieszenie można sobie potańczyć.

Inną odsłonę pracy z amatorami, inny sposób pokazania małej społeczności obejrzałem w czwartek w nocy, na Placu Wolności. Mikołaj Mikołajczyk, tancerz i choreograf, zaprezentował efekt pracy z chórem "Wrzos" z niewielkiej miejscowości Zakrzewo. Na Maltę przyjechał z grupą seniorów. Starsi ludzie wchodzą na scenę, widać, że obco się na niej czują, publiczność oklaskami dodaje im animuszu. Mikołajczyk im nie pomaga. Ubrany w obcisłe bokserki dyryguje, stojąc tyłem do widzów. Ludzie opowiadają o swoich pasjach, ważnych historiach z życia w swojej miejscowości. Wszystko jednak ustawiono, zdań wyuczyli się na pamięć. Brzmi to sztucznie i obco.
Rożne przedszkolne zadania ordynował Mikołajczyk: taniec w parach, zabawy piłkami, dmuchanie baniek mydlanych. W czasie gdy siedzieli na krzesłach, bądź stali przy horyzoncie sceny, on na środku tańczył solo, by w finale zalec na kolanach starszych kobiet. Musieliśmy też obejrzeć puszczony na ekranie rzekomo dowcipny pokaz ćwiczeń, wcześniej nagranych w przedziale pociągu. "Teraz jest czas" miało kilka finałów. Nużyło ciągłym wybijaniem tancerza na plan pierwszy: perfekcją ruchu zderzoną z nieporadnością seniorów, prowadzeniem sztucznych, wymuszonych rozmów. Pada "w wagonowej projekcji" jedno charakterystyczne zdanie. Do Mikołajczyka w którymś momencie niespodziewanie dzwoni matka. Szybko kończy z nią rozmowę, usprawiedliwiając się, że przecież nagrywa film. Odkłada telefon i operatorowi, który kręci materiał tłumaczy, że nie chce mu się gadać, słuchać maminych historii. Odniosłem wrażenie, że historii tych starszych osób z Zakrzewa również nie chciało mu się słuchać, że pracował według własnego, wcześniej przygotowanego pomysłu. Zabrakło pokazania miejscowości, zabrakło indywidualnego podejścia do mieszkańców. To taka praca w stylu Anny Dymnej. Jedyna różnica taka, że Mikołajczyk zapomniał przypiąć swym aktorom trykociki, zaordynować zabawę w muchomorki?

Różne są sposoby pracy z lokalną społecznością, z niewielka grupą naturszczyków. Dobrze, gdy reżyser zrobi wywiady, rozpoznanie, jak to miało ostatnio miejsce w poznańskim Teatrze Nowym, podczas produkcji cyklu dokumentalnych przedstawień o Jeżycach. Wolność i umiejętność słuchania widać w pracach Justyny Sobczyk, w przedstawieniu Ósemek. Źle, gdy animator nie potrafi schować ego, wybija siebie na plan pierwszy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz