piątek, 5 lipca 2013

Felieton: Landryny

Przelało się. Rozlało, wykipiało jak mleko. A zapełniało się od dłuższego czasu. Pęczniało, rosło, rosło i bach. Taki temat: Studentki teatrologii. A dokładniej ich emfaza, afektacja, podnieta, kwiecisty styl i zachwyty na portalach społecznościowych. Czy to dobry temat? Ważny? Istotny? Pewnie nie. Ale mnie ciśnie, ciśnie jak cholera, łazi za mną. Pół nocy zastanawiałem się, skąd biorą się słodkie, słodziakowe, landrynkowe, rozchichotane studentki kierunków humanistycznych. Skąd przyszły? I po co?

Zaczęło się kilka miesięcy temu, gdy świeżo upieczona absolwentka wrzuciła fragment filmu "Lawa" z monologiem Gustawa Holoubka, zachwycając się nim. Uznałem to za świetny żart i skomentowałem, że zabawny jest nasz wielki polski aktor, śmieszny, że emfatyczny i że to już aktorstwo muzealne, takie co to ponabijać się przy piwie można. Wyśmiałem jego "milijon tonów plynie". O dziwo, zostałem zrugany, wyklęty, od czci i wiary odsądzony. Naprawdę, sympatyczne dziewczęta teatrologię w stolicy studiujące zachwycają się Guciem. Ufam, że nie wszystkie.

A dziś te zdjęcia z Włochem w objęciach. Włoch, do jury festiwalu szkół teatralnych dobrany, udziela wywiadów, wdzięczy się (jak to Włoch), śle uśmiechy. A ja z odmętów przypominam sobie rumieńce na licach rozgrzanych i pot na dłoniach koleżanek moich (już miałem "mych" pisać - co też ten Gustaw!) ze studiów, podkochujących się w Hiszpanach i Włochach właśnie. W Południowcach zupełnie przypadkowo poznanych na festiwalach. Ileż ja znam tych historii, tej afektacji, tych achów i ochów. Jedna to niemal za mąż wyszła. Wróciła w te pędy, jak poznała rodzinę z Południa: braci i przyszłą teściową. Inna, starsza już pani, dyrektor jednego z festiwali na Kociewiu ekscytowała się Italią, współpracę zadzierzgnęła, warsztaty ceramiki przy teatralnym festiwalu robiła. By tylko ten przystojny Włoch przyjechał do niej. Wieszała mu się na ramieniu krzycząc "bene, bene". Doprawdy, nie wiem, co Polki widzą w buchającym testosteronie z czarnego dywanu na klacie, w naskórkowości rozmów. Co powoduje młodymi kobietami, że decydują się na odwiedzaniu kruczoczarnego ciacha, mieszkającego z wielopokoleniową rodziną w czynszówce pod Bari.

Studentki czy niedawne absolwentki (adekwatnie studentów i absolwentów) warszawskiej wiedzy o teatrze spotykam jedynie na stołecznych przedstawieniach, podobnie jak ich profesorów. Nie widzę ich w ważnych teatralnych ośrodkach w kraju, na premierach czy istotnych festiwalach. Może akurat rezydują na festiwalach w Udine czy w Oviedo (tak, wiem, że to w Hiszpanii). Czytam ich wpisy na profilach społecznościowych, gdzie nie toczy się żadna rozmowa na teatralne tematy. I przypominam sobie historię, jak Łukasz Chotkowski, z którym studiowałem przeglądał na korytarzu "Dialog". Podeszło ubrane w różowy płaszczyk dziewczę i spytało, co czyta. "Dialog" - odparł. "A co to za pismo?" dopytało dziewczę. Dodam, że byliśmy wówczas dopiero na pierwszym roku. Kto dziś czyta prasę teatralną, jaka studentka czy student? Ale to już opowieść na kolejny odcinek.

2 komentarze:

  1. Bartek, nie mogę z Tobą zgodzić. I rok warszawskiego wotu zdumiał mnie świadomością i wiedzą o tym, czym się będą zajmować, nie było tam osób przypadkowych. Studenci i studentki nie tylko jeżdżą na festiwale, ale często należą do różnych teatrów mniej lub bardziej amatorskich czy profesjonalnych i sami działają, organizują. Dlatego wydaje mi się, że to, co napisałeś, jest zbytnim uogólnieniem przypadku dziewczęcia w różowym płaszczyku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziewczyny wybierają kolorowe, egzotyczne ciacha, jak faceci plastikowe barbie. Wcale nie interesują się tymi, które czytają DIALOG. Po prostu ich nie zauwazaja. Nie widzą.

    OdpowiedzUsuń