piątek, 26 lipca 2013

"Balladyny i romanse", reż. Konrad Dworakowski, Teatr Lalki i Aktora „Pinokio” w Łodzi

fot. na pierwszym planie Anna Makowska (Narracja)

Bogowie pośród ludzi

Konrad Dworakowski wyreżyserował po raz pierwszy Balladyny i romanse we Wrocławiu, w filii krakowskiej PWST. Premiera studenckiego dyplomu miała miejsce w zeszłym sezonie. Potem reżyser, który od września 2009 roku jest dyrektorem łódzkiego Teatru Lalki i Aktora „Pinokio”, zatrudnił kilkoro świeżo upieczonych absolwentów, dając role w Balladynach… tworzonych już na własnej scenie. Zaprocentowało to energią, którą kipi łódzkie przedstawienie. A spektakl to niejednorodny, czy raczej eklektyczny w środkach wyrazu. Składający się ze scen granych przez aktorów i sekwencji lalkowych.
Zaczyna się wejściem Narracji (Anna Makowska) w oczekującą na foyer publiczność, zapowiadającej wydarzenia i tłumaczącej swoją rolę. Przez cały spektakl tka ona nić, gubi się, zaplątuje. W pierwszej części oglądamy kilka lalkowych scenek rozgrywanych na proscenium. W półmroku i absolutnej ciszy podglądamy „życie krzątane” współczesnych ludzi, ujęte w kilku krótkich portretach. Każda drewniana lalka animowana jest – niezwykle precyzyjnie – przez dwójkę lub trójkę, ubranych w ciemne stroje, aktorów. Oto staruszka wracająca z zakupami do domu, gdzie spędza samotnie czas. Właśnie napuszcza wodę do wanny, gdy nagle słyszy głośne stukanie do drzwi. Otwiera. W progu pada współcześnie ubrany chłopak. Jest ranny. Starsza pani zajmuje się nim, bandażem owija zranioną głowę, poi. Gdy zmęczona zasypia, młody człowiek okrada ją z pieniędzy i pospiesznie ucieka.
W kolejnej scence oglądamy parę. Ona smaży jajecznicę (jej zapach roznosi się po widowni), on nie zwraca na nią najmniejszej uwagi. Zajęty jest czytaniem gazety, sennie kołysząc się na bujanym fotelu. Ona podchodzi, gwałtownie odrzuca gazetę, podciąga sukienkę. Kopulują bez czułości, jak zwierzęta. W następnej scence samotny mężczyzna siedzi na łóżku i onanizuje się, patrząc na telewizyjne seksreklamy. Ogląda różne ujęcia kopulujących lalek, na przebiegającym przez ekran pasku podany jest numer telefonu. Wszystkich tych smutnych mieszczan w końcowych scenach przedstawienia odwiedzą bogowie, którzy zstąpią na ziemię. Samotny mężczyzna spotka wtedy na ulicy Balladynę, proszącą go, by ją uderzył. Waha się, odsyła ją na Bałuty czy pobliską ulicę Gdańską, gdzie łatwo można zostać pobitym. Ta jednak nie rezygnuje, uparcie szuka guza. Gdy sama go sobie nabije, upadnie, a niewyżyty samotnik zacznie zaglądać jej pod spódnicę, dotykać piersi. Jedyna bliskość to bliskość fizyczna.
W ten sposób bogowie pojawią się na ziemi. Realizatorzy prezentują ich dokładniej w drugiej części spektaklu, ustawiając krzesła na proscenium i sadzając naprzeciwko widzów, by opowiedzieli im swoje historie. Bogowie wchodzą jak celebryci, niektórzy, jak Balladyna, z jawną nonszalancją, wszyscy w białych szlafrokach frotte, niczym goście ekskluzywnego SPA. Pod spodem mają jednorodne stylistycznie obcisłe kostiumy imitujące ich ciało. Opowiadają, w jaki sposób przyszli na świat, jaka jest ich rola, czym się zajmują, kim opiekują. Reżyser, za autorem zaadaptowanej powieści, Ignacym Karpowiczem, pokazuje świat ponowoczesny, w którym wszystko ulega pomieszaniu, a bóg miłości Eros (Łukasz Bzura) jest synem dwóch gejów. Tu wszystko może się zdarzyć, nie ma ograniczeń, a na pewno nie stanowią ich ani Biblia, ani greckie czy egipskie mity.
To całkiem współczesny Olimp. Nike (Aleksandra Wojtysiak), właścicielka znanej firmy odzieżowej, romansuje więc z Jezusem. Afrodyta (Żaneta Małkowska), która jest blondynką zadającą infantylne pytania, wybiera natomiast Lucyfera. Balladyna (świetna Karolina Gorzkowska) prowadzi firmę cateringową „Alina” z nieobecnym na scenie Grabcem, co jakoś tłumaczy jej obecność w tym gronie, przyzwyczajonym przecież do wystawnych przyjęć. Jest to też najbardziej przedsiębiorcza osoba na scenie, która wie, jak dbać o swoje interesy; nawet kiedy przychodzi do uwodzenia, okazuje się bardziej skuteczna niż Afrodyta.
Niepokoi brawurowo zagrany przez Ewę Wróblewską Ozyrys, egipski bóg, cały w bandażach, z wymalowanymi na powiekach oczami, co daje piorunujący efekt, bo aktorka musi zamykać oczy, byśmy widzieli wzrok Ozyrysa, a kiedy je otwiera, mamy wrażenie, że tajemnicze bóstwo ucieka gdzieś spojrzeniem. Ten bóg jest inny od pozostałych, inaczej się porusza i mówi, udaje się pokazać i jego odmienność, i zagadkowość. Ozyrysowi figla płata Eros, wystrzeliwując swoją strzałę w scenie spotkania z Ateną (Hanna Matusiak), która zakochuje się w transseksualnym Ozyrysie. Ceremonię ślubną organizuje rzecz jasna Balladyna. Zaprasza wielu gości, także Beatę Kozidrak z Bajmem.
Po wielodniowym weselu bogowie dostają polecenie powrotu na Ziemię, i to do szarych obywateli naszego kraju, w dzielnicy Łódź-Żabieniec, w której stoi budynek teatru. Eros boleśnie charakteryzuje Polskę: „Katolicyzm, literatura skupiona na narodowych kompleksach, stosunek seksualny trwa poniżej kwadransa, wliczając w to grę wstępną. Orgazm właściwie nie występuje. Przemoc w rodzinie ma się dobrze”. Zstąpienie bogów zmieni zupełnie ludzkie losy, spowoduje połączenie w zaskakujące pary. Próżno by jednak szukać w tym logiki układającej się w jakiś wyższy sens. I powieść, i spektakl z założenia nie poszukują go, zgodnie z tym, o czym informuje widzów na wejściu Narracja – że nie ma już wszechwiedzącego narratora, pozostała jedynie opowieść.
Zachwycają sceny animowania przedmiotów. Balladyna wchodzi na scenę, niosąc stolnicę, rzuca ją na stół i zaczyna wałkować ciasto, które… przemawia. Aktorka podnosi rozwałkowane ciasto, wyświetlają się na nim usta, które przedstawiają się jako… chińskie ciasteczko. Takie z życzeniem. W tym przedstawieniu w zasadzie nie ma rzeczy niemożliwych. Lalka może wdrapać się na nogę aktorki, usiąść na biodrze i dialogować, przedmioty mówią, a Chrystus buntuje się przeciwko Ojcu i roztrząsa teologiczne dylematy Trójcy Świętej. Poszczególne sceny zmieniają się w rytm podobnych sekwencji muzycznych, mocnych, ostrych, rytmicznych, bębniarskich motywów, przypominających te z trybun piłkarskich mistrzostw świata.
Siłą tego spektaklu, prócz ciekawego tekstu i świetnej reżyserii oraz scenografii, są role kobiece. Zresztą zespół aktorski „Pinokia” na aktorkach stoi. Mocne charaktery pomysłowo rozwijają swoje postaci. Przepaść między aktorami widać szczególnie w kameralnych scenach damsko-męskich. To zresztą charakterystyczne nie tylko dla tego przedstawienia, ale i innych, które oglądałem na tej scenie: Kopciuszka czy doskonałego i nagradzanego spektaklu Bruno Schulz – historia występnej wyobraźni.
Jednorodne stylistycznie i ogrywane przez aktorów są scenografia i kostiumy Mariki Wojciechowskiej. Ogromne foliowe płachty zwisające nad sceną raz są parawanem, innym razem muszlą z obrazu Rafaela, na tle której ukazuje się Afrodyta, innym razem pościelą, pod którą noc poślubną mają spędzić Ozyrys i Atena. Gdy folia zostaje z nich usunięta, ze zdziwieniem widzimy Jezusa i Nike, przyłapanych w miłosnym uścisku. Ważne są też kostiumy postaci w jednorodnej konwencji: kremowe, z czarnymi szczegółami. Ich dopełnieniem są makijaże na twarzach, artefakty charakterystyczne dla bogów. Afrodyta ma na przykład kwiecisty wieniec na głowie, pasujący kolorystycznie do różu na policzkach, a postać Ozyrysa świetnemu makijażowi zawdzięcza bardzo wiele.

Polskie teatry lalek coraz częściej – jednak wciąż w niewystarczającym stopniu – proponują przedstawienia dla widzów dorosłych, choć najczęściej to grupy alternatywne, a nie teatry repertuarowe, zajmują się poważniejszą tematyką, zamykają w formie istotne tematy, odnoszą sukcesy na międzynarodowych festiwalach. Wystarczy wspomnieć niemal coroczne wizyty w Edynburgu grup Coincidentia czy Malabar Hotel. Prowadzony przez Dworakowskiego teatr ma w repertuarze spektakle dla dorosłych (wspomniany spektakl o Schulzu oraz Balladyny i romanse). Jednak w ostatnich latach żaden z polskich zespołów nie został zaproszony na największy festiwal teatrów formy w Charleville-Mézières, gdzie przyjeżdżają zespoły prezentujące swoje oparte o przedmiot, grające marionetkami i kukłami spektakle, interpretujące twórczość Kleista czy zastanawiające się nad istotą twórczości Giacomettiego.

* tekst został pierwotnie opublikowany w miesięczniku 'Teatr" nr 7-8/2013

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz