wtorek, 9 lipca 2013

„Absolwent”, reż. Jakub Krofta, Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy. Recenzuje Paulina Sygnatowicz.

Absolwent” do poprawki
Absolwent” w reżyserii Jakub Krofty, pokazywany w warszawskim Teatrze Dramatycznym to spektakl dobry, ze świetnymi rolami Agnieszki Warchulskiej i Mariusza Drężka, znakomitą scenografią Jana Polivki i zgrabnym tłumaczeniem Jacka Poniedziałka. I dlatego aż prosi się, aby od tego spektaklu wymagać więcej.
Po świetnej adaptacji „Madame” Antoniego Libery, jaką Krofta wyreżyserował w ubiegłym sezonie w Teatrze na Woli, czeski reżyser po raz kolejny sięgnął po osadzoną w latach siedemdziesiątych historię. I znów bohaterem jest wchodzący w dorosłe życie chłopak uwikłany w romans ze straszą kobietą. Reżyser korzysta z podobnej, filmowej estetyki. Krótkie sceny i niepełne wyciemnienia, które zatrzymują akcję na czas potrzebny do zmiany scenografii nie wychodzą jednak „Absolwentowi” na dobre. Krofta nie analizuje bohaterów, nie przygląda się ich motywacjom. Dlaczego Ben po powrocie ze studiów nie może odnaleźć się w domu? Dlaczego Pani Robinson tak bardzo nie chce, aby jej młody kochanek umówił się na randkę z jej córką? Pytania pozostają bez odpowiedzi, zapewne dlatego, że reżyser stawia wykonawcom zadania aktorskie na poszczególne sceny, brakuje ich jednak na cały spektakl. Czy to zarzut? Nie.
Przedstawienie jest ciekawe, konsekwentne, trzyma rytm. I dlatego aż prosi się, aby wymagać więcej. Aby skupić się na tym, co w tekście nie jest zapisane, a co dzieje się z bohaterami pomiędzy poszczególnymi scenami. I nie chodzi tu o dopisywanie Terry’emu Johnsonowi tekstu, ale o grę podtekstami, drobnymi spojrzeniami, subtelnymi gestami. Wówczas „Absolwent” mógłby stać się spektaklem nie tylko dobrym, ale wybitnym. Głębiej analizującym wyraźnie zaakcentowany przez Kroftę problem wchodzenia w dorosłe życie i odcinania pępowiny. Problem przedstawiony z dwóch perspektyw: dorosłych dzieci i ich rodziców.
Absolwent” to niełatwy aktorski materiał nie tylko ze względu na kultowy film z Dustinem Hoffmanem  i Anne Bancroft w rolach głównych. Aktorzy Dramatycznego, na szczęście, nie próbują mierzyć się z tymi kreacjami. U Krzysztofa Brzazgonia, grającego rolę tytułową, nie czuć tremy debiutanta. W pierwszym akcie pewnie gra zagubionego, nieporadnego chłopaka, którego onieśmiela uwodzenie żony przyjaciela ojca. Przy tym nie jest zupełnie niewinny, bowiem szybko orientuje się o jaką stawkę chodzi w tej grze. W drugim akcie to pewny siebie, zdeterminowany chłopak, który za wszelką cenę gotów jest najpierw umówić się na randkę, a następnie poślubić córkę swojej kochanki.


Znakomitą, charakterystyczną rolę stworzył Mariusz Drężek, grający ojca Bena. Zawierającą w sobie coś więcej niż stereotypowe wyobrażenie Amerykanina, który co weekend kosi trawnik i nie wychodzi z domu bez kowbojskiego kapelusza. Ale gwiazdą tego przedstawienia jest bez wątpienia Agnieszka Warchulska. Jej Pani Robinson to nie wamp, który z nudów uwodzi młodego chłopaka, ale kobieta, która w życiu poniosła klęskę: jako matka i jako żona. Dla niej romans z Benem staje się desperacką szansą na udowodnienie sobie samej, że jest jeszcze coś warta. Warchulska doskonale wypracowała sposób poruszania i gesty podkreślające, że jej bohaterka ma wyraźny problem z alkoholem. Męcząca jest tylko w jednym momencie: źle ustawionej reżysersko sceny, kiedy upija się ze swoją córką Elaine (wyrazista Anna Szymańczyk). Na tę scenę Krofcie zabrakło pomysłu; zarówno na poprowadzenie postaci (zamiast stopniowo upijać bohaterki, każe im całą scenę grać w pijackim amoku, co początkowo jest zabawne, jednak szybko staje się męczące), jak i na ruch sceniczny. To zresztą nie jedyny moment w drugim akcie, nad którym warto by jeszcze popracować (finałowa scena w kościele jest nieco przekrzyczana, w scenie w bostońskim mieszkaniu Bena nie wykorzystano potencjału przestrzeni stworzonej przez Jana Polivkę). Pierwszy akt został fenomenalnie rozwiązany reżysersko, tym bardziej więc wychodzą na wierzch niedociągnięcia (wynikające z pośpiechu?) aktu drugiego. Ale nie są one na tyle rażące, aby mogły popsuć wieczór obcowania ze sztuką naprawdę dobrej jakości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz