środa, 26 czerwca 2013

Uwagi po sezonie, cz. 1, "Teatr alternatywny".


O alternatywie w podróży.

Dworzec Toruń Miasto jest ohydny. Naprawdę. Wstrętny, brudny i śmierdzący. Czekam na peronie na pociąg osobowy do Chełmży. Piątek, skwar jak jasna cholera. Minąłem narodowe graffiti na dworcowym murze, takie z orłem w koronie, Bogiem i wódką wpisanymi w polskie godło. Pewnie kibice-patrioci.

Poproszono mnie, bym napisał o teatralnej alternatywie. Chętnie przystałem, ale im dłużej myślę, tym chyba mniej mam do powiedzenia. Bo ja nie bardzo wiem, czym jest dziś alternatywa – i wobec czego jest. Czy chodzi o alternatywne źródła pozyskiwania środków na teatralne wydarzenia: festiwale, spektakle? Czy twórcy alternatywni może jakoś inaczej podchodzą do pracy nad przedstawieniami? Gdzie przebiega granica między instytucjonalnym teatrem a grupą alternatywną, właśnie dziś, gdy rzesza reżyserów z dyplomami tworzy spektakle poza głównymi centrami, skupia wokół siebie dyplomowanych aktorów, pisze projekty, zdobywa granty? Teatr Ósmego Dnia i Biuro Podróży grały i grają często za granicą, podróżują od Chile do Iranu. Grają na ulicy, środkami typowymi dla widowisk plenerowych. Ósemki prócz tego robią przedstawienia, jak je nazywam, „stołkowo-stolikowe” o teczkach czy donosach do urzędów skarbowych. A inni, tak niegdyś popularni, zdobywający laury na Łódzkich Spotkaniach Teatralnych? Gdzie oni są, chciałoby się zawyć Ciechowskim? W mijającym sezonie widziałem ponad sto pięćdziesiąt przedstawień, kilka w domach kultury. Środki artystyczne, gra aktorska, ostrze satyry i generalnie myśl kulały. No i te tematy. Na przykład w Tarnowskich Górach widziałem spektakl o matce małej Madzi, z Kazią feministką i Rutkiem detektywem w rolach głównych. Na zainscenizowanej konferencji prasowej toczono po stole głowę Kazimiery Szczuki. Bomba!

Podjechał sapiący pociąg, jak z Tuwima. Gorąco, pot kapie, nie ma czym oddychać. Facet o brzydkiej twarzy podrywa ładne nogi siedzące naprzeciwko mnie. Ja piszę. Nie reaguję.

Piotr Ratajczak, obecny dyrektor znanego i cenionego Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, bodaj dwa sezony temu wyreżyserował monodram I będą święta z Agnieszką Przepiórską. Tekst napisał Piotr Rowicki, autor sztuk granych w teatrach repertuarowych. Cała trójka to zawodowcy pełną gębą, nie ma tam pół amatora. Objechali z przedstawieniem kilka offowych festiwali, zgarnęli kosz nagród. To świetny, niskobudżetowy, łatwy w transporcie spektakl. Ale czy alternatywny?

Czy alternatywą jest cykl kabaretowo-teatralnych widowisk Pożar w burdelu, w którym grają warszawscy dyplomowani aktorzy? Zabawne szkice komediowe pokazują w wielu stołecznych teatrach, kawiarniach, klubach. Michał Walczak, reżyser po AT i poczytny autor dramatów pisze co miesiąc krótkie scenki, skecze, próby trwają dwa, trzy dni. Publiczność wali oknami na zaczepne, zadziorne, ostre jak brzytwa humorystyczne kawałki, uderzające w życie teatralne i polityczne Warszawy. Tworzą za to, co dostaną z biletów. Czy to jest alternatywa?

Kolejna przesiadka, tym razem na stary autobus komunikacji zastępczej, polnymi drogami jadący do wsi Wrocławki. Facio usiadł koło kolejnych pięknych nóg. Wyrywa na długie przypatrywanie się i uśmiech. I jakiś durny tekst. Zazdrosnym. A tu pisać trzeba. Stacja we Wrocławkach w samym środku łąki. Nie chce się jechać dalej. Tak położyć się na tej łące. Byle ktoś martini doniósł.

Znamienne, na najważniejszy festiwal europejskiego teatru offowego w Edynburgu jeżdżą nie grupy z Torunia, Wrocławia czy mniejszych ośrodków, prężnych w legendy alternatywnego teatru, a lalkarze. Właśnie do sierpniowego wyjazdu szykuje się po raz kolejny Malabar Hotel, dwa sezony temu dwie z czterech nagród przywiozła ze Szkocji Grupa Coincidentia, wcześniej, w latach dziewięćdziesiątych triumfował Wierszalin. Tak, wiem, krakowski KTO też tam jeździł, ale lalkarska Unia Teatr Niemożliwy również.

Jadę ślimaczącym się pociągiem z Wrocławek do Kwidzyna. Cała podróż z Warszawy zabiera pół dnia. W wagonie reklama Bydgoskiej Szkoły Wyższej. Kierunek: kosmetologia, dietetyka i... budownictwo. Uczy ta sama kadra?

Działająca w Kwidzynie, czterdziestotysięcznym mieście, Scena Lalkowa im. Jana Wilkowskiego prowadzi projekt Generacje, w jego ramach Dyskusyjny Klub Teatralny. Każdego miesiąca oglądamy jeden ważny, współczesny polski spektakl, robię do niego wprowadzenie, po projekcji toczy się dyskusja. Przychodzą osoby z ciastem własnego wypieku, z chlebem własnej produkcji, siadamy i puszczamy projekcję. Dziś obejrzymy fragment Chóru kobiet – projektu Instytutu Teatralnego, który objechał już pół świata. Ważne teksty kultury skandowane, śpiewane, wykrzyczane przez chór ponad dwudziestu amatorek. Czy to jest alternatywa? Przecież mają profesjonalną promocję, opłacane wyjazdy, zapewne też diety.

Dziś środowiska niegdysiejszego teatru alternatywnego kojarzą mi się wyłącznie z narzekaniem. Większość twórców nie potrafi odnaleźć się na teatralnym rynku, nie kładzie nacisku na promocję działań, na pisanie projektów. Wyjątkami są lubelskie Provisorium i warszawskie teatry Konsekwentny i Studio Koło. Ktoś mi kiedyś mówił, że alternatywa to sposób myślenia. Dziś wiem, że to specyficzne myślenie: że widz i tak przyjdzie, promować nie trzeba, a jak nie dadzą kasy to podnieść wielkie larum. Świetne rzeczy dzieją się od lat w Węgajtach u Sobaszków. Co z tego, skoro organizacja festiwalu Wioska Teatralna kuleje, przedstawienia grane są wciąż w dziurawej stodole, zaczynają się nie wiadomo o której, a tak zwany katalog festiwalu składany jest za pięć dwunasta. O Wiosce Teatralnej wiedzą nieliczni, informacje roznoszą się pocztą pantoflową. I wszyscy narzekają, że ciężko. Ciężko, gdy ma się roszczeniową postawę.

Nadzieję widzę właśnie w lalkarzach, w inicjatywach takich jak festiwal Wertep, toczący się na Podlasiu, czy projekt „Sen nocy letniej” w Dynowie na Podkarpaciu. Oba rozkręcili lalkarze, głównie po filii AT w Białymstoku. W Dynowie przez miesiąc grupa zapaleńców już po raz dziesiąty prowadzić będzie letnie warsztaty dla mieszkańców miasteczka, szyć kostiumy, malować i zbijać scenografię. Mieszkańcy Dynowa będą uczyć się swoich ról, wciągnięci w pracę nad spektaklem. Nad całością czuwać mają profesjonalna reżyserka z dyplomem i absolwentka scenografii w Pradze. Czy to też jest alternatywa?


Dojeżdżam. Pasażerowie przysypiają, grają, rozwiązują krzyżówki, po ciężkim tygodniu pracy wracają na weekend do domów. A ja zaraz posłucham krzyczących kobiet, zjem ciasto i poczuję się mocno... al..... No właśnie, czy alternatywnie?

* tekst został pierwotnie opublikowany w "Ideogramie" - gazecie festiwalu Poszukiwania Alternatywy 2013 w Skierniewicach

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz