wtorek, 18 czerwca 2013

„Sąd Ostateczny”, reż. Agnieszka Glińska, Teatr Studio w Warszawie. Recenzuje Rafał Jędrzejak.

Modest Ruciński, fot Krzysztof Bieliński

Błąd ostateczny.
Spektakl w reżyserii Agnieszki Glińskiej zaskoczył mnie dostępnością wolnych miejsc na widowni. Mogłem usiąść niemal w każdym rzędzie. Wybrałem miejsce w trzecim, tuż obok suflerki, co dawało szansę urozmaiceniem doznań teatralnych. Zanim zaczęło się przedstawienie, uważnie przyjrzałem się pani suflerce. Uwagę skupiłem na ustach. Duże, podkreślone kredką kosmetyczną i wspierane mięśniami mimiki emitowały ukierunkowany szept sceniczny. Bez ryzyka, że czegoś nie dosłyszę obejrzałem „Sąd Ostateczny” wg Ödöna von Horvátha. Przed wizytą w teatrze przeczytałem kilka recenzji. Wróć. Zacząłem czytać. Zdarzało się, że przebrnąłem jedynie przez wstęp, czasem docierałem do samego sedna, do clue, do „merytorycznego mięsa” recenzji. Smakując je porzucałem lekturę odpychany nieporadnością w pojmowaniu, co autor miał na myśli.
Niestety, środowisko recenzentów teatralnych lubuje się wielce w stawianiu niejednoznacznych tez, doszukiwaniu się niewidzialnego drugiego dna, przypisywaniu ideologii albo marginalizowaniu symboliki. Wszystko to czyniąc w misternie zawoalowany sposób. Tak jakby chcieli zachować swoje przemyślenia wyłącznie dla zamkniętego grona wtajemniczonych. Mianując się antidotum na taki stan rzeczy, używając zero-jedynkowej oceny przedstawienia niniejszym informuję, że jestem na NIE.
Fabuła nie jest skomplikowana. Poczciwy i naiwny uczuciowo dróżnik, zaabsorbowany flirtem z młodą córką oberżysty Anną, zaniedbuje obowiązek włączenia świateł ostrzegawczych doprowadzając do tragedii. Zostaje uniewinniony ze względu na fałszywe zeznania zadurzonej w nim Anny. Ale Anią, istotą o wrażliwej jeszcze psychice, miotają wyrzuty sumienia. Zaniepokojony dróżnik morduje dziewczynę, by prawda nie wyszła na jaw. Uciekając przed przytłaczającą go rzeczywistością popełnia samobójstwo. Ot, cała historia zagrana przez piętnastu aktorów. Szkoda, że nieudolnie.
Doceniłem, jak ważny jest w przedstawieniu odpowiedni balans natężenia głosu. Raz musiałem się ratować sąsiadką suflerką, innym razem chciałem aktora zapytać dlaczego tak się wydziera. Mimika aktorów naiwna, nazbyt udawana, widoczna była współpraca z suflerem, chaos w poruszaniu się po scenie. Prezentowano postaci nadprzyrodzone w sposób niejednoznaczny więc w pierwszej chwili trudny do wychwycenia. Nadmiernie wykorzystywano motyw malutkiej dziewczynki. Aktorzy popełnili sporo zauważalnych pomyłek w tekście. Przyznaję też, że nie zrozumiałem wielu stosowanych przez reżyserkę zabiegów. Huczne celebracje zwolnienia z aresztu dróżnika albo huśtawka wzajemnych relacji członków jego rodziny do dzisiaj stawiają mi pytanie „po co”?
Zbrodnia w spektaklu Glińskiej zbiera spore żniwa w postaci ludzkich istnień. Reżyserka, chcąc ukazać moralny ciężar zbrodni, używa języka metafizyki, korzystając z wyeksploatowanych środków: gry świateł, muzyki, dymów, które towarzyszą duchom. Nie czuć jednak ciężaru winy, jaki powinien wisieć nad głównym bohaterem. W momencie, gdy atmosfera gęstnieje i wciąga widza w moralny dylemat mordercy, pojawiają się muzyczno-taneczno-śpiewne przerywniki, które rozbijają napięcie.
Podwójną rolę zagrał Modest Ruciński. Najpierw obwoźnego sprzedawcy kosmetyków, zadziwionego słabym popytem na swe produkty, a później zmanierowanego klienta oberży, snującego się na ugiętych nogach i bełkoczącego coś o granicach dobra i zła. Jeden z recenzentów, o których pisałem wyżej przyrównał postać do anioła i diabła. Najpierw anioł chciał dać prowincji piękno i zapach a później diabeł obnażał drwiąco słabości mieszkańców. Coś w tym było. Gość był rewelacyjny! Śpiewał pijacko, szyderczo i cynicznie. Grał, jakby przed wejściem na deski, naprawdę wypił kilka głębszych. Jego ruchy były idealnie zsynchronizowane z głosem. Było to tak wyraźne i intrygujące, że czekałem na więcej. Więcej niestety nie nastąpiło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz