poniedziałek, 17 czerwca 2013

„Napis”, reż. Artur Tyszkiewicz, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Recenzuje Kalina Filip.

fot. Mateusz Wajda

Chuj

Spektakl rozpoczyna się już w momencie wejścia do teatru. Drzwi zastąpiono windą, która wygląda dokładnie tak, jak opisywana w przedstawieniu. Umieszczono w niej napisy: „śmierć faszystom!”, „dziś kiedy mamy Europę..!”, „dziś kobieta, czy mężczyzna to jedno i to samo” i najważniejszy: „Lebrun = chuj”. Głos w widzie informuje, że wybieramy się na „komedię z intrygą w tle”.

„Napis” to historia trzech małżeństw mieszkających ze sobą w jednej kamienicy. Małżeństwa Cholley (Tomasz Bielawiec, Jolanta Rychłowska) i Bouvier (Artur Kocięcki, Anna Torończyk) posiadają dłuższy staż, natomiast Lebrun (Daniel Salman, Lidia Olszak) są młodym małżeństwem, które niedawno się wprowadziło. Akcja nabiera tempa z chwilą pojawienia się w windzie, pod lustrem napisu: „Lebrun = chuj”. Pan Lebrun na własną rękę wszczyna śledztwo, mające na celu ujęcie sprawcy.

Śledztwo toczy się bez powodzenia, odkrywa jednak wiele przesądów dotyczących ciąży, czy porodu oraz niedorzecznych poglądów. Oglądamy stereotypowe myślenie bohaterów, brak własnego zdania, czy problemy z właściwym rozumieniem słowa rasa: „ktoś jest żółty, czarny, biały albo Arab”. Mocno zostaje zaznaczony problem przyjmowania za niepodważalną prawdę treści przekazywanych przez media: „Skąd Pani to wie? Oglądałam program o porodach/ gotowaniu/ łowieniu ryb/ prasowaniu, i tam właśnie mówili. Stąd wiem i jestem taka mądra i cudowna.” Niestety, mimo XXI wieku oraz powszechnego dostępu do informacji, ciemnota wygrywa. Poddany namysłowi i krytyce został również problem płciowości człowieka, dziś zwany filozofią gender. Gdy pani Lebrun oznajmia, że chciałaby być w ciąży, pada pytanie o płeć dziecka. Wolałaby dziewczynkę, ponieważ mogłaby ją czesać i ubierać w sukienki. Niestety, jeden z sąsiadów sprowadza ją na Ziemię. Uświadamiając, że w dzisiejszych czasach nie można wtłaczać dziecka w schemat płci. Dziecko, gdy podrośnie samo zdecyduje: „dzisiaj mężczyzna, czy kobieta to jedno i to samo”.

Aktorzy zostali umieszczeni w białym pomieszczeniu, w którym znajduje się sześć białych, jeżdżących kubików pełniących funkcję puf i stołu. Kostiumy w wykonaniu Justyny Elminowskiej, zachwycały. Państwo Cholley nosili biało-czarne stroje w geometryczne wzory z pistacjowymi akcentami. Styl i elegancja. Bouvier kostiumy biało-czarno-popielate z akcentem niebieskim. Nowoczesność i wygoda. Natomiast Lebrun biało-czarno-popielate z pomarańczem. Siła i młodość. Na białym tle kreacje prezentowały się wybornie.

Obraz z sześciu, umieszczonych w tle, kamer śledził ruch postaci opuszczających scenę. Odnosiło się wrażenie, że postaci wychodzą z telewizora. Tak, jak się nam nieraz marzy, by ulubiony aktor stanął u nas w salonie. Gdy aktorzy wchodzili na scenę, obraz z kamer zmieniał kolor w przyporządkowany do konkretnego małżeństwa.


Przerysowane problemy przedstawione z dużą dawką humoru sprawiają, że spektakl wydaje się lekki i przyjemny. Lubimy coś, jeździmy gdzieś, ponieważ wszyscy to lubią. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, ale ludzie zapytani dlaczego lubią internet/ czarnych/ Seszele/ Mauritius/ Żydów/ Solidarność odpowiadają, że przecież wszyscy to lubią. Lubienie tego, co większość jest łatwiejsze. Nie wyróżniamy się, jesteśmy poprawni politycznie, nikt nas nie atakuje, stajemy się pospolitymi, przeciętnymi obywatelami, chodzącymi na Święto Chleba, Dzielnicy. A przecież uważamy się za lepszych niż przeciętny Polak. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz