poniedziałek, 10 czerwca 2013

„Marzenie Nataszy”, reż. Nikołaj Kolada, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi. Recenzuje Karolina Moszkowicz

fot. Greg Noo-wak

Też mam marzenie.

„Marzenie Nataszy” to spektakl, w którym Nikołaj Kolada pokazuje, że nie ważne jest pochodzenie, otoczenie czy sposób życia. Gdy mamy szesnaście lat marzymy o miłości: księciu na białym koniu, uskrzydlającym i dającym siłę uczuciu. Twórcy przypominają jednak, że nastolatki mają w tym myśleniu sporo naiwności. Są też bezwzględne, czasem bardziej niż dorośli.

Na małej scenie rozstawiono sześciokątny stelaż. W samym środku tej „klatki bez krat” umieszczono krzesło, na którym zasiadła nastoletnia Natasza. Jej życie nie jest bajkowe: opowiada o mieszkaniu w bidulu, gdzie codziennie walczy o swoją pozycję wśród współlokatorów. Marzy, by zostać zauważoną, docenioną. Łaknie akceptacji, którą, jak jej się wydaję, zyskuje w oczach dziennikarza piszącego o niej artykuł. Tematem artykułu ma być skok Nataszy z okna, wykonany na jednej z imprez. Gdy okazuje się, że był to zwykły wybryk nastolatki, nie podszyty próbą samobójstwa, w gazecie ukazuje się jedynie wzmianka o dziewczynie. Rozczarowana Natasza spotyka się z dziennikarzem i opowiada mu historię kolejny raz, zmyślając jej przebieg. Szuka zainteresowania, co w dużej mierze powodowane jest jej zauroczeniem w pracowniku gazety. Od tej chwili, codziennie odwiedza redakcję i siedząc przy biurku Walery wpatruje się w niego jak w obrazek. Gdy okazuje się, że obiekt westchnień Nataszy ulokował swoje uczucia w innej dziewczynie – jej świat, już i tak dość rozchwiany – rozpada się na milion małych kawałków.

Natasza jest nastolatką, która prowadzi bajkowe życie. Ma piękną, bufiastą, „księżniczkową” suknię, tiarę na głowie. Wygląda jak milion dolarów. Tak też jest traktowana: jak największy skarb. Rodzicie mówią jej, że jest we wszystkim najlepsza, a ona w to wierzy. I tak jest w rzeczywistości: ukochana córka, wzorowa ambitna uczennica, uczęszczająca na mnóstwo pozaszkolnych zajęć. Tu lekcje śpiewu, tam basen, w końcu prowadzenie programu dla młodzieży. Dostaje wszystko, czego sobie zażyczy, także chłopaka, który jej się spodoba. Gdy każe mu wybierać pomiędzy sobą, a problematyczną sąsiadką wygrywa kolejną bitwę, dążąc po trupach do celu. Natasza jest bezwzględna, nastawiona na zdobywanie.

Dwie Natasze (obie zagrane przez Agnieszkę Skrzypczak), choć pozornie zupełnie odmienne, łączy bardzo wiele. Obie pragną miłości, akceptacji. Obie zrobią wszystko, by zostać docenione. Tak samo dwie części spektaklu: choć różne, są bardzo podobne. Nie jest to mankamentem, a świadczy raczej o zazębianiu się rzeczywistości obu nastolatek. Dziewczyny mogłyby brać udział w swoich opowieściach: Natasza z bidula pasuje do opisu męczącej sąsiadki Nataszy-królewny, a ta zaś idealnie wpasowuje się w wyobrażenie dziewczyny, która zdobywa dziennikarza. Obie części łączy krótkie wejście chłopaka, który mógłby być obiektem westchnień Natasz (w tej roli wystąpił Hubert Jarczak). Wchodząc z urodzinowym tortem, nakłaniając nastolatkę do zdmuchnięcia świeczek, nakłania ją jednocześnie do dalszej wiary w marzenia. Natasza zdmuchuje świeczki, ale w jej oczach nie widać już naiwnego blasku.

Agnieszka Skrzypczak w konsekwentny sposób poprowadziła oba wcielenia Nataszy. Widać było, że jej postaci są dobrze osadzone, zagrane na całkowitych przeciwieństwach, zaplanowane w każdym szczególe, od przekrzywiania obcasa, przez szeroki uśmiech, do zabawy włosami i manierze w głosie u drugiej Nataszy. Ale też przez zgarbioną postawę, wulgarny wyraz twarzy i zadziorną minę u tej pierwszej. Aktorka nie miała zbytecznych rekwizytów, które mogłyby odwrócić od niej uwagę. Widzowie mogli mocniej wsłuchać się w tekst, nie rozpraszając wzroku na niepotrzebnej scenografii.

Marzenie Nataszy” jest spektaklem o tym, że marzenia są potrzebne. Nie powinniśmy jednak zapominać, że czasem trzeba odpuścić. Nie powinno się poświęcać całego życia bezsensownemu dążeniu do czegoś, co nie jest tego warte. Jak to ocenić, jaką podjąć decyzję, gdzie wyznaczyć granicę? Też miałam kiedyś szesnaście lat, też marzyłam o chłopaku, który mnie nie zauważał, miałam plany, które starałam się mimo wszystko realizować. Po obejrzeniu spektaklu stwierdzam, że jestem szczęściarą. Dlaczego? Bo nie byłam przypadkiem skrajnym. Dopiero wtedy, gdy jesteśmy świadkami takich opowieści jak w spektaklu Nikołaja Kolady, uświadamiamy sobie, że czasem dobrze jest być kimś zwyczajnym. Czy dzisiaj mam jakieś marzenie? Tak – marzę o tym, by na łódzkiej scenie znalazło się więcej świadomych, młodych aktorek, jaką bez wątpienia w moich oczach jest Agnieszka Skrzypczak. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz