piątek, 21 czerwca 2013

„Licheń story” Jarosława Jakubowskiego, opieka reż. Rafał Sabara, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Pisze Kalina Filip.

fot. zdjęcie z próby, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie

Nie chodzę do kościoła, chodzę na siłownię”

Ciasno, gorąco, śmierdzi potem, pchają się, złoto, Święty Obraz, Ojcze Nasz, na klęczkach dookoła ołtarza, kanapka, toaleta, autokar, kiczowata pamiątka. „Licheń story” to opowieść o życiu kilku osób zatrudnionych przy sanktuarium oraz kilku pielgrzymów. Łączy ich przede wszystkim miejsce, w którym się znajdują. Mamy tu historię babki klozetowej i parkingowego, prostytutki i biskupa, ojca i syna, nowoczesnej kobiety i Maryi oraz starszego małżeństwa. Realia panujące w Licheniu zostały ukazane w sposób ironiczny, przerysowany, humorystyczny.

„Jezu! Ile tu złota!”. Przez pryzmat religijności autor pokazał szerokie spektrum problemów polskiego społeczeństwa. Pozorna religijność nie przekłada się na życie codzienne, sanktuaria to tylko kolejne punkty na turystycznej mapie, stereotypowo myślimy o parkingowym, babce klozetowej, Matce Bożej. Ważnym problemem, obecnym w dramacie jest brak porozumienia między kobietą a mężczyzną, wynikający głównie z braku chęci usłyszenia, zrozumienia drugiej osoby:

DZIEWCZYNA KLOZETOWA Kocham cię.
PARKINGOWY Jak sikam, to zawsze opieram głowę o kafelki. Dziwne, nie?
DZIEWCZYNA KLOZETOWA Bez ciebie zawsze będę pusta.
PARKINGOWY Wyciągam fiuta, opieram głowę o zimne kafelki i wyłączam się. To dla mnie wiele znaczy, rozumiesz?
DZIEWCZYNA KLOZETOWA Rozumiem.

Żyjąc w murach własnego świata, bez chęci porozumienia, nie dogadamy się nigdy. Nie znajdziemy tego czego szukamy: miłości. Może dlatego uczucie nas przeraża. To przecież takie mało współczesne: kochać na zawsze, mimo wszystko.

Aktorzy, czytający dramat Jakubowskiego, ubrani są we współczesne, codzienne stroje. Przestrzeń sceniczną Sabara podzielił na kilka poziomów. Poziom pierwszy: Ojciec i Syn siedzą naprzeciwko siebie, na dwóch krańcach widowni, zaraz przy scenie. Ojciec na wysokim krześle, Syn na barierce parterowej loży. W przestrzeni drugiego poziomu mamy więcej postaci. Przy filarze, na scenie, na taborecie siedzi Dziewczyna Klozetowa. Naprzeciwko niej, po drugiej stronie sceny, jest Parkingowy. Na ławce, po lewej stronie małżeństwo, za ławką stoi duch syna, Dyzio. Na środku, na podwyższeniu, na dużym drewnianym krześle, dekorowanym choinkowymi światełkami, siedzi Relikwia. Czerwone światełka kształtem przypominają aureolę. Na jeżdżącym krześle biurowym porusza się Nowoczesna Ona. Na stopniach, przypominających trybuny swoje miejsce znalazła Prostytutka, wyżej niej rozsiadł się Biskup.

Jedną z bardziej dynamicznych scen spektaklu jest wykonanie piosenki Anity Lipnickiej „Ona ma siłę” przez Parkingowego i Dziewczynę Klozetową. Piosenka ta staje się pieśnią kochanków. Śpiewają w duecie, fałszując. To czytanie, więc akcji scenicznej niewiele. Relikwia chwyta tył oparcia krzesła i z całej siły kręci Nowoczesną. W pewnym momencie wydawało się że Nowoczesna spadnie. Ojciec nie zna swojego syna, zostawił go, gdy ten był mały. Nowoczesna Ona porównuje bazyliki do stadionów: są tak samo potworne, przepełnione ludźmi, kiczem. Chodzi tam z czystej ciekawości, bo przecież Boga nie ma. Parkingowy „nie chodzi do kościoła, chodzi na siłownię”, ma niewdzięczną pracę, ludzie go nie szanują. Stwierdza, że „ludzie są pojebani” bo nie potrafią logicznie myśleć, nawet na parkingu. Babka klozetowa uważa, że jej małe okienko jest lepsze niż telewizor. Codziennie ogląda w nim ręce rzucające pieniążek, niektóre już zna. Ręce są dla niej odzwierciedleniem człowieka, o każdym właścicielu dłoni może coś powiedzieć, określić go, opisać. Zakochuje się w dłoniach parkingowego. Nie jest to jednak love story. Parkingowy zostaje pozbawiony przyrodzenia, można to odczytywać jako sugerowaną karę dla gwałcicieli. Z kolei Matka Boża wcale nie chciała nią być. Została wybrana, postawiona przed faktem, stała się własnością wszystkich, czyli na dobrą sprawę jest niczyja. Zagubiona, nie wie kim jest. O wiernych wie wszystko, o sobie nic.

W jednej ze scen następuje wyznanie wiary, wszyscy aktorzy mówią naraz ale w innym tempie, stoją w zadumie. Modlitwę kończy biskup tekstem: „nie wierzę w ani jedno słowo”. Lubelskie czytanie dramatu Jakubowskiego to również krytyka kleru. Począwszy od tego, że księża nie wierzą, po sposób głoszenia kazań. Biskup otwarcie przyznaje, że nie przykłada się do kazań, co niedzielę tworzy inną mieszankę tych samych słów. Nie wierzy, stara się dobrymi uczynkami wskrzesić swoją wiarę. Ratuje prostytutkę, zatrudnia ją w kuchni w domu pielgrzyma. Podczas pierwszego spotkania prostytutka oświadcza mu: „nie licz na zniżkę, jestem niewierząca”. Biskup zapewnia, że pragnie tylko, aby oddała mu jego wiarę. Czy na pewno?


Mimo humoru, ironii, żartów często na granicy dobrego smaku, czytany tekst okazał się smutny i przytłaczający. Ujawnia pozorność naszych zachowań nie tylko w sferze religijnej, brak mu jednak autentyczności. Podkreślona została ulotność chwil, ich błyskawiczne przemijanie. Na tym świecie nie ma nic stałego, a „najważniejszymi wydarzeniami w życiu człowieka są narodziny i śmierć Boga”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz