piątek, 14 czerwca 2013

Felieton: Zły Miernik

Lato niby jeszcze się nie zaczęło, ale już cieplej jest. Morze spokojne, mewy piskliwe, bachorów na plaży jeszcze nie ma. Siedzimy z M. w Koszalinie na festiwalu, w wolnym czasie jeździmy do Mielna.

Było dziś i piaskiem po oczach i rybą w kubki smakowe. Rybą z pieca, w barze Sum. Dorsza zamówiłem w Sumie. Ten polski język... A w Sumie wyciskają też najsmaczniejszy i najtańszy chyba w kraju sok z jabłek. Pyszny, taki z brązową pianką. Okoliczności przyrody, jak chciał klasyk, piękne... ale jakieś licho się uczepiło i odczepić nie może. Niby cukierkowa atmosfera koszalińskiej imprezy, którą szczegółowo opiszę za tydzień, a cały czas nieporozumienia. I ciśnienia i jakieś napinki dookoła. Brak luzu. Skąd on we mnie? No właśnie.

Długo szukałem dojazdu na jedną z moich ulubionych imprez. Dojazdy do Koszalina albo drogie albo długie, generalne Koszmar. Zamieszczałem posty na fejsie, dzwoniłem po znajomych, rejestrowałem się na portale autostopowiczów. Jeden z tirowców, Maniek, odpisał że tylko młode dziewczyny wozi. No racja, ja na młodą nie wyglądam. Koniec końców zdecydowałem się z M. przybyć pociągiem. W zasadzie trasa taka łączona. Trochę pociąg, trochę z elokwentnym reżyserem, co to sam zaproponował podwózkę. Generalnie udało się podroż jakoś zaplanować. Radość trwała krótko. Rano, w dzień wyjazdu telefon i opieprz sympatycznego skądinąd mężczyzny z koszalińskiego teatru, że nie zdążę na otwarcie festiwalu, żem nieodpowiedzialny i nieobliczalny. I że tak się nie robi, bo jak można nie przybyć na pierwszy spektakl, spektakl otwarcia. No bo jak to! - woła, że (mimo że przedstawienie widziałem) hańba i ostrym słowem po głowie smaga. O rety, rety, poranek to przecież! - myśl próbuje złożyć. Zaniemówiłem z jajecznicą na widelcu. Uprzejmie pana przeprosiłem, że ja dobry chłopak jestem zapewniłem i kochać Koszalin przyrzekłem. Przyrzeczenie szybko (po jajecznicy) stosowną wiadomością poparłem, emotikonem niejednym okrasiłem. Pan miły odpisał dość urzędowo. No i mnie już całkiem zgasił. Pozamiatane. No jakieś po prostu konfuzje.

Dnia następnego, o poranku kolejna wpadka. Śniadanie w hotelu. Dźgam galaretkę z kury widelcem, wsłuchując się, o czym wybitna reżyserka i takiż reżyser (też elokwentny) dyskutują. Rzadko głos zabieram, przytakuję, miłym się chcę wydać a tu widzę jak na śniadanie rzutki recenzent krakowski wbija. I stół obchodzi i cześć zza ramienia rzuca, jakoś niedbale, cicho tak jakoś, jakby nie znał. Miły Bóg, myślę. Co też on, czy sam tak zjeść chce, w dyskusję nie wejść naszą elokwentną, wybitną? On już jajko na bekonie nakłada, sałatkę cytryną kropi, już mam wstać, do stolika zaprosić. No, może z niewyspania ma oczy sklejone, nie zauważył znajomych. Myślę, myślę, o co chodzi? Aaaa! To pewnie o mój kąśliwy felieton z zimy mu idzie. Nie, nie jest tak pamiętliwy przecież. Wybitny reżyser z wybitną reżyserką na wysokim poziomie rozmowy, a ja w jakiejś rozkminie koszmarnej. Czy sklejone oko recenzenta czy też pamiętliwa jest bestia. Wieczorem jednak znów nie zauważa, w foyer obok przechodzi. Czyli coś jest na rzeczy. Nici z wódki wspólnej festiwalowej. Znów nieporozumienie jakieś. Znów zawiniłem, dotknąłem dotkliwie.

Dorsz w Sumie smakował. Drugi dzień festiwalu kończy się, trzeci się rozpoczyna, świtać właśnie zaczęło. Co przyniesie? Czy kolejne nieporozumienia? Spoglądam przez okno. Wraca rozmowa z cenionym scenografem sprzed paru dni. Skup się na szczególe, spójrz na liść na wietrze. Zatrzymaj, zwolnij. Zastanów. Wiatr porusza listkiem, a może wyobraź sobie że liść porusza wiatrem. Czemu nie? Zatem, może to w Mierniku źródło nieporozumień wszelakich? Zły Miernik.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz