piątek, 21 czerwca 2013

Felieton: Dobry festiwal z pizzą w tle


rys. Małgorzata Majewska (malgosiamajewska.carbonmade.com)


Ja znów o tym Koszalinie. No nie wiem, uwziąłem się. Może też i lepszego tematu nie mam. Bo, owszem jest Słobodzianek, ale tak wszyscy walą w niego jak w worek, to myślę, wstrzymam się chociaż tydzień. Zobaczę, jakie kolejne pyszne wywiady powstaną, następne urzędowe pisma zawisną w necie.

No to o Koszalinie. Wróciliśmy z M. już będzie parę dni temu a w głowie wciąż ten festiwal m-teatr, w butach piasek z Mielna. W tegorocznym konkursie koszalińskich konfrontacji młodych – bo tak brzmi cała nazwa czwartej edycji festiwalu – pokazano cztery spektakle reżyserów, takich co to pięciu produkcji jeszcze w CV nie mogą wpisać. Jury główną nagrodą obdarowało Macieja Podstawnego. Dziwi, bo jego przedstawienie ani świetne ani do wyzłośliwiania się Miernikowego zdatne. Ot, takie na pół gwizdka, z pretensjami do wielkiej sztuki. Scenariusz filmowy „Przełamując fale” powstał na kaliskiej scenie by reżyser mógł pogadać o tym, jak to źle jest w polskich małych miasteczkach. Szczerze mówiąc chyba aż tak źle nie jest, nie wiem w jakich miasteczkach przebywał ostatnio Podstawny. Mogę go zapewnić że w tych pod Kaliszem wariatki nie latają po ulicach, nie bzykają się z kim popadnie a małomiasteczkowa społeczność nikogo nie wyrzuca, sądem za cudzołóstwo nie karze. Główną bohaterkę ustawił Podstawny jak Merylin Mongoł, taka, co nie wszystko zrozumie, ale wrażliwa. I nawet obiecująco się zaczyna: para głównych postaci tarza się w bieliźnie po górce ziemi, oblewa wodą z węża. No, na wesoło tak się oblewa. A potem typowo, czyli projekcje niemające nic wspólnego z fabułą, siadające tempo i aktorzy półprywatnie coś tam pod nosem mruczą. Szukam w pamięci, czyżby Podstawny terminował u mojego ulubionego reżysera „teatru na ekranie”? Leży aktor Dymecki sparaliżowany na łózko i przez pół spektaklu oglądam na ekranie jego zbolałą twarz, ponaciągane plastrami oczy. A potem ktoś przebiega, ktoś krzyknie, ktoś się zaśmieje. Ciężko nawet zrozumieć w jakiej sprawie krzyczą.

Jest jedna ładna scena, w której główna bohaterka, grana przez Sarę Celler-Jezierską podchodzi do szpitalnego łóżka, gdzie spoczywa jej sparaliżowany ukochany mąż, bierze jego bezwładną dłoń i dotyka nią po ciele, masuje piersi, pożąda go. Naprawdę ładny obrazek. Z tym, że znów w pół drogi, bo nie wiedzieć czemu dotyka się przez sukienkę. Dlaczego się nie rozbierze? Dlaczego jedna z kobiet biegając w zbyt krótkiej sukience, co chwilę ją poprawia, obciąga, takim półprywatnym, nieznośnym ruchem? Pytań jest zresztą więcej, choćby o długość projekcji (kiepskich naprawdę!), o co pretensje miała do reżysera publiczność. Jurorom się jednak spodobało.

Publiczność nagrodziła „Pawia królowej” w reżyserii Świątka. Widzowie, jeszcze długo po spektaklu, wspominali zdania Masłowskiej, cenili tę sceniczną pracę za meliczność, frazę, ironię. Sukcesu nie odniosło „Betlejem polskie” Farugi – moim zdaniem jedna z najlepszych premier mijającego sezonu, ani „Tape” z łódzkiego Teatru Nowego – debiut młodej reżyserki Anety Groszyńskiej. Za to poza konkursem gospodarze, Bałtycki Teatr Dramatyczny, pokazali „Kobietę z przeszłości” Eweliny Marciniak i „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” Pawła Palcata. Oba bardzo dobre, dziwi, że tak rzadko zapraszane na ogólnopolskie festiwale. Szczególnie Palcatowi wyszedł spektakl, który śmiało mogę polecić. Proszę zwrócić uwagę na tego trzydziestolatka z legnickiego zespołu aktorskiego. W zeszłym sezonie pokazywał w Koszalinie „Zrozumieć H.” – przedstawienie o Henryce Krzywonos (szkoda, że Krystyna Janda tego nie widziała. Bo to przykład, jak można niekoniecznie linearnie i nie piekąc mdłej szarlotki wystawić biografię). Palcat potrafi prowadzić aktora, daje mu zadania kreowania przestrzeni z niewielkiej ilości przedmiotów zmieniających znaczenia. Czerwone sukienki, noszone przez kobiety chcące wstąpić do armii radzieckiej, za chwilę zamieniają się w ścierki, którymi te same rekrutki szorują podłogę, by w efekcie stać się symbolem krwi. Podczas, gdy jedna z nich zostaje postrzelona – kładzie na nogach czerwony materiał, symbolizujący krew.

Festiwal m-teatr to również klub festiwalowy Centrala Artystyczna. Miejsce wystaw, koncertów, spotkań, odczytów, wieczorów kulinarnych, no, generalnie najważniejszy lokal w mieście, którego właścicielka, Viola, wypieka najpyszniejszą pizzę jaką jadłem w Polsce, niemal tak smaczną jak marinara z Neapolu. Cieniutką z kamiennego pieca. Prócz tego robi mleczny szejk z czarnych porzeczek zbieranych na własnej działce.

W Koszalinie spotykają się młodzi reżyserzy, najpierw na oficjalnych dyskusjach z widzami, prowadzonych przez dyrektora artystycznego Piotra Ratajczaka, potem już mniej formalnie, w Centrali właśnie. Mieszają się aktorzy z różnych zespołów, plotkom nie ma końca, a im później tym mocniejsze wchodzą tematy. Rankiem jeździ się na plażę do pobliskiego Unieścia. O rybie w barze Sum pisałem tydzień temu. Tyle o Koszalinie. Zaraz po festiwalu teatralnym rozpoczyna się filmowy: Młodzi i Film. Koszalin miastem młodej sztuki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz