czwartek, 23 maja 2013

"Zażynki" w reż. Katarzyny Kalwat z Teatru Polskiego w Poznaniu

Na horyzoncie scenicznym zaczepiono figurę Matki Boskiej Fatimskiej, przystrojono ją kolorowymi wstęgami. Nieopodal ustawiono ginekologiczny fotel. Trójka bohaterów spotyka się na proscenium, siedzą na plastykowych, ogrodowych krzesłach. Marysia, Jan i Piotr. Marysia i Piotr mają po dwadzieścia pięć lat, Jan - ojciec Piotra ma pięćdziesiątkę. Grane w poznańskiej Malarni "Zażynki" zaczynają się od przedstawienia tej trójki bohaterów. I od reminiscencji. Marysia i Piotr poznali się znacznie wcześniej, w dzieciństwie. Teraz stoją na proscenium, z boku skrywa się Jan ubrany w sztywny, ciemny rzeźnicki fartuch. Nie jest rzeźnikiem. Jak zaraz się dowiemy, jest ginekologiem, nielegalnie usuwającym niechciane ciąże, "bezabiegowo przywraca miesiączki", jak to zgrabnie ujmie zatrudniona na stanowisko sekretarki Marysia.

Postaci spotykają się poza miastem, na przedmieściach Warszawy, na polanie, nieopodal małego miasteczka, przy grillu. Piotr przyjeżdża specjalnie z Londynu, są bowiem jego urodziny. Z nudów grają w "Tabu", grę towarzyską, która z reguły budzi wśród grających spore emocje, związane z poruszaniem niewygodnych tematów. W przypadku tej trójki nie budzi już żadnych. Grają w Święto Matki Boskiej Zielnej, 15 sierpnia, nieopodal wieś, żniwa, zażynki.

Początkowo ciężko połapać się w tej układance, przyszykowanej przez autorkę - Annę Wakulik i reżyserkę - Katarzynę Kalwat. Akcja toczy się naprzemiennie na kilku poziomach czasowych. Postaci cofają się wspomnieniami w przeszłość, mają po sześć, osiem, dwanaście lat. Młoda Marysia opowiada że nigdy nie usunęłaby płodu. Gdy ma lat piętnaście, mówi o sobie "dziecko", "kobieta" gdy ma siedemnaście. Co takiego stało się przez te dwa lata?

Marysia, dziewczyna z małej miejscowości, tak wspomina powód, dla którego przyjechała do gabinetu ginekologicznego Jana. "Mam wtedy siedemnaście lat. Masło topnieje w skwarze. Rozpływa się na nożu, zanim doniosę je na chleb. Dzieci, wszędzie pełno dzieci. Spocone trampki. Powłóczyste piętnastoletnie spojrzenia. Świerszcze. Niedobitki." Wiele tu konkretnych rzeczowników, malujących obraz przerażenia młodej dziewczyny. Bo co się wychwytuje z chwil, które na całe życie zapadają nam w pamięć? Szczegóły, drobiazgi, niby nic nieznaczące okruchy. Za chwilę do tej ufnej dziewczyny zaczyna dobierać się ksiądz i już do końca życia zmieni jej myślenie o seksualności, erotyce. "Jemu pot biegnie pod sukienką.", wspomina Marysia. Anna Wakulik szczęśliwie nie opisuje tej dusznej inicjacji. Buduje obraz ze szczegółów, tak jak to wydarzenie pamięta dwudziestopięcioletnia dziś młoda kobieta. Ksiądz upija Marysię: "Lampka wina. On i ja. Chciałam." A gdzie był wówczas Bóg? "Leżał między jego lewym a prawym konsekrowanym udem. Czasem nawet stał.".

Marysia przybywa do Warszawy, zostaje asystentką Jana, zostają parą. Wiąże ich miłość czy zwykłe przywiązanie? Jeśli miłość, to pokraczna, uzależniająca, łapczywa, streszczająca się we fragmencie, w którym Marysia mówi do Jana "Nie mogę przyjąć tego, że jesteś dla wszystkich. Chciałabym brzuchatego oblecha w piżamie, i żeby wracał z pracy o szesnastej i nie chciał nigdzie wieczorem wychodzić, nie interesował się ludźmi i był używany tylko przeze mnie, a nie jeździł na jakieś medyczne zjazdy do Paryża. Jestem zazdrosna o papierosy - że to je pali, a nie mnie." Wystarczył jednak jeden wyjazd Marysi do Piotra, do Anglii, by wróciła stamtąd w ciąży. W Londynie na karaoke śpiewają "Use somebody" Kings of Leon. Katarzyna Kalwat dodała tę scenę, jak i późniejszą: wykorzystania Marysi przez Piotra. Tę, w której traktuje ją jak gumową lalkę, by zaspokoić swoje popędy.

Piotr nie chce dziecka, nie chce, by Marysia rodziła, uważa że nie nadaje się na ojca. Ta najważniejsza rozmowa między nimi odbywa się pod figurą Matki Boskiej. Marysia zapewnia go, że właśnie teraz jest "totalnie, od stóp do głowy płodna i właśnie na to jest czas. Jest czas picia na umór i jest czas abstynencji, jest czas skrobanki i jest czas rodzenia, jest czas jędrności i czas rozmemłania." Bo co dziś znaczy słowo "ciąża"? Jak bardzo jego znaczeniem zawładnęło maskulinizujące myślenie? "W języku polskim to kobieta jest w ciąży - a to przecież nieprawda, przecież to ona, ciąża, jest we mnie. Moje ciało od lat jest chodnikiem, po którym każdy może sobie przejść.", mówi Marysia. Myliłby się jednak ten, kto uznałby ten dramat ze feministyczny. Piotr dopytuje ojca, "Jak to jest mieć dziecko? Jak to smakuje?". "Przez króciutką chwilę masz pewność, że twoje życie ma sens.", odpowiada Jan.

Jan odrzucił religię w geście buntu przeciwko rodzicom, został apostatą. "Faustyna była niewyżytą mitomanką. Częstochowa i Niepokalanów to są miejsca, gdzie piekło wynurzyło się z ziemi!". To bardziej poza niż w pełni świadomy wybór. Poza, by w zawodzie, który wykonuje zdusić sumienie. Bo "Zażynki" to dramat po trosze religijny. Oczywiście, krytyczny wobec religijności Polaków, pokazujący jak jest obłudna, jak przez plebejską religijność dochodzi do tragedii. Opisujący, w jakich zabobonach żyjemy. "Anioł zwiastował pannie Maryi, a mi nie, mi to zwiastuje test w kiblu." mówi Marysia i jest w tym stwierdzeniu sporo racji. Żyjemy w kraju, w którym nauczycielki prowadzące w szkołach wychowanie do życia w rodzinie głoszą dobrą nowinę, jak katechetki: "Za trzy tygodnie - bo dwa razy zajęcia nam przepadają przez Boże Ciało i Zielone Świątki - porozmawiamy o tym, dlaczego warto iść do ginekologa dopiero po dwudziestym roku życia i na co mogą szkodzić, wybacz mi Boże te słowa, hormony, które żydowskie koncerny farmaceutyczne chcą aplikować kobietom. Pomódlmy się!"

W przedstawieniu wybija się rola Anny Sandowicz (Marysia). Dobrze poprowadzona, z wyraźną zmianą postaci, początkowo z nerwem, potem wpadająca w rozczarowanie i rozpacz. Doskonałym komponentem przedstawienia jest praca reżysera światła, Bartosza Nalazka. Światła budują, organizują przestrzeń, dzielą poszczególne plany, wprowadzają nastrój, dopowiadają sensy. Jan na początku spektaklu stoi w rzeźniczym fartuchu, w zimnym jarzeniówkowym świetle. Z kolei ciepłe światło towarzyszy bohaterom w scenach grillowych pogawędek. Gdy Marysia modli się w kościele, figurka oświetlona jest na różowo, Marysia zaś na czerwono. Każda zmiana czasu pociąga za sobą zmianę świateł, kolorystyki sceny.

Marysia wręcza Piotrowi tort z zapalonymi świeczkami, wyrzuca w górę confetti, smaruje nos tortem. Urodziny kończą się jakąś pijacką, senną wizją. Na scenie leży ona, na krzesłach zasnęli oni, każdy w innym kolorze światła. Marysia dokonuje aborcji, stoi zapluta, krew cieknie jej po nodze. Pod koniec akcja przyspiesza, każda z postaci opowiada, jak przebiegnie jej życie, co się z nią stanie. Dowiadujemy się, że Marysia już do końca życia nie urodzi dzieci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz