niedziela, 26 maja 2013

"Scenariusz dla trzech aktorów", reż. Tomasz Zaród, Teatr Adekwatny w Warszawie, recenzuje Paulina Sygnatowicz

"Scenariusz dla trzech aktorów"


Reżyser (nie)spełniony
Bywają spektakle, niezwykle osobiste, których, ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości, oceniać się nie powinno. Wystawiając takie dzieło na widok publiczny artysta powinien mieć jednak świadomość, że każdy widz (w tym także recenzent) do takiej krytyki ma prawo. Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że „Scenariusz dla trzech aktorów” Teatru Adekwatnego okazał się nie tylko spektaklem szalenie osobistym, ale także znakomitym warsztatowo, dlatego recenzować go mogę z czystym sumieniem.
Aktor i reżyser to zawody parszywe. Paradoksalnie, z zawodowego niespełnienia biorą się najbardziej osobiste, a przez to przejmujące spektakle. Niedoceniane przez krytyków, widzów, media (bo kogo, tak naprawdę, mogą obchodzić cudze żale) prowadzą do kolejnego poczucia niespełnienia. Zarówno aktorskiego jak i reżyserskiego. Z tym pierwszym Tomasz Zaród rozprawiał się pięć lat temu w poruszającym monodramie „Ja, Feuerbach” (reż. Sylwester Biraga, Teatr Druga Strefa), o drugim opowiada właśnie w „Scenariuszu dla trzech aktorów”.
Występuje tu w podwójnej roli: reżysera i aktora grającego Reżysera. Nie jest to jedynie aktorska kreacja, ale gorzkie wyznanie samego Zaroda – aktora (co najmocniej daje się odczuć w scenie, w której jeden z bohaterów czyta noszoną w kieszeni recenzję na swój temat i nieprzypadkowo pada tam nazwisko Tomasza Zaroda) i reżysera, który swoją profesją czuje się zmęczony, ale cały czas ma poczucie, że chce i powinien coś ważnego w swoim teatrze powiedzieć.
To także opowieść o potwornej samotności tego zawodu, bo choć reżyser pracuje w otoczeniu ludzi i z ludźmi, w rezultacie pozostaje sam ze swoimi ideami. Aktorzy notorycznie spóźniają się na próby, a gdy przychodzą, zamiast ciężkiej pracy interesują ich tylko prymitywne wygłupy, jałowe, pseudointelektualne dyskusje, a w najlepszym wypadku odpowiedź na pytanie, w jakim kostiumie będą grać. Najmniej zaś to, co autor spektaklu chce powiedzieć.
Zaród uważnie przeczytał tekst Bogusława Schaeffera i wybrał z niego to, co dla inscenizacji najważniejsze (w spektaklu poza małym wyjątkiem brak jest muzyki, bo jak mówi jeden z bohaterów: „sztuce muzyka nie jest potrzebna”) i rozegrał ją w ciasnych wnętrzach Lokalu Użytkowego przy pomocy mebli, które stoją tam na co dzień. W takich warunkach na pierwszy plan musi wysunąć się słowo i aktorstwo.
Tomasz Zaród ma niesamowitą (i w gruncie rzeczy niesłychanie rzadką) umiejętność bycia na scenie. Wypowiadane przez niego kwestie rodzą się w danym momencie i wbrew temu co mówi jego postać – „nie myśl, graj” – najpierw pojawia się myśl właśnie, za nią dopiero idzie słowo. Tej autentyczności momentami brakuje jego młodszym kolegom: Adamowi Gąseckiemu i Michałowi Przybysławskiemu, co nie zmienia faktu, że doskonale wiedzą co i po co mówią.
Bogusław Schaeffer napisał „Scenariusz dla trzech aktorów” specjalnie z myślą o Janie Peszku, Mikołaju Grabowskim i Andrzeju Grabowskim, jako teatralny kabaret. Panowie z powodzeniem grają ten spektakl od ponad dwudziestu pięciu lat, niezmiennie bawiąc publiczność do łez. Tomasz Zaród stworzył z tego scenariusza refleksyjne przedstawienie o samotności reżysera i artystycznym niespełnieniu. Pośród dwudziestoosobowej premierowej widowni znalazła się tak zwana „branża”: młodzi aktorzy i reżyserzy z zawodowym stażem. Nie ci z pierwszych stron gazet, ale ci, którzy robią swój teatr na uboczu. To spektakl o nich i dla nich. Trudno oczekiwać, że będzie grany przy kompletach widowni przez kolejne ćwierć wieku. Ale czy zawsze trzeba robić teatr dla wszystkich?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz