piątek, 10 maja 2013

Felieton: Łucznica


Łucznica jest cała zielona. Taką pierwsza, wyczekiwaną wiosenną zielonością. Takim intensywnym seledynem. Pąki starają się nadrobić stracony zimowy czas i spieszą, by wykorzystać te chwile szaleńczego ciepła. Łucznica to mała wioska, nie tak wcale daleko od Warszawy, jakieś sześćdziesiąt kilometrów na południowy wschód.

Do Łucznicy przyjechałem wraz z kilkunastoma osobami z całej Polski, biorącymi udział w warsztatach prowadzonych przez Instytut Teatralny. Mamy w tym roku poprowadzić warsztaty w ramach projektu Teatr Polska. Piękny i mądry to pomysł, by teatry pokazywały spektakle po wioskach, siołach, gdzieś gdzie diabeł mówi dobranoc, gdzie teatru nie widziano przez dziesiątki lat. Po świetlicach domów kultury, po remizach, salkach gimnastycznych. Wybrano kilkanaście przedstawień, które latem i jesienią będą prezentowane w całym kraju. A nas uczono jak w tych małych miejscowościach powinny przebiegać warsztaty z publicznością. Każdy bowiem spektakl ma w pakiecie warsztat.

Przyjechali ludzie, na co dzień pracujący w odległych rejonach Polski, od Gdańska po Bielsko-Białą, od Białegostoku po Zielona Górę. W różnym wieku, o różnym doświadczeniu, zajmujący się pisaniem dramatów, aktorstwem, czy jak ja, dziennikarstwem.

Po Łucznicy mam zakwasy. Ten charakterystyczny ból w udach, niemożność schodzenia, chodzenia w ogóle, towarzyszy mi od kilku dni. Teraz siedzę i obmyślam koncepcję stołu. Bo wraz z Beatą chcemy, by warsztaty, które poprowadzimy przy spektaklu „Drugi pokój” Unii Teatr Niemożliwy zaczynały się od złożenia stołu. Wielkiego, okrągłego stołu, przy którym usiądą uczestnicy. Każdy przyniesie przedmiot kojarzący mu się z dzieciństwem, opowie jego historię. Następnie z rodzinnych pamiątek stworzymy instalację, uczestników poprosimy o pozostawienie na stole śladu po sobie. No taki pomysł. Siedzieliśmy na werandzie starego dworku, otoczeni lasem i rozmawiali o tych wszystkich ideach, wysypywaliśmy z głów pomysły i skojarzenia. Twórcza atmosfera w cichym miejscu. Z dala od zgiełku.

Improwizacja. Sporo zajęć ruchowych (stąd te cholerne zakwasy), otwierających, praca w grupie, w parach. Nauka reagowania na siebie, na towarzysza ćwiczeń, doskonalenie umiejętności skojarzeń, błyskawicznych reakcji. A wieczorem ognisko i pierwsze w tym roku kiełbaski na kijach i rozmowy ciągnące się w nieskończoność. Rano kolejne zajęcia. Prowadzący dają konkretne wskazówki, proponują rozwiązania, zastanawiamy się nad błędami, które mogą wyniknąć z zetknięcia się ze środowiskiem wiejskim. Wykluwają się pomysły. Pada to kluczowe zdanie, że warsztaty powinny posiadać swoją koncepcję, pomysł. Muszą mieć swoją dramaturgię, jak przedstawienie.

Obiad. Wyjazd. Każdy wrócił do swojego miasta, do teatru. Niebawem wyruszamy w teatralne objazdy po kraju. A późną jesienią zbierzemy się raz jeszcze i dowiemy, co się komu udało zrealizować. I czy się udało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz