piątek, 17 maja 2013

Felieton: Rzeszowska Maskarada


Kwieciście jest w Rzeszowie o tej porze roku. I soczyście. Taka anegdota chodzi po mieście, że co poniedziałek prezydent Ferenc, jadąc prywatnym samochodem, wypatruje trawników, nieużytków, łach piasku. Skrupulatnie je notuje, by w południe wezwać szefów departamentów odpowiedzialnych za infrastrukturę i zieleń miejską. Wskazuje im miejsca, gdzie posadzić rząd bratków, gdzie wstawić fontannę, wykopać oczko wodne, a gdzie wyrosnąć ma okazały klomb. Ostatnio wybudowano ogromną kładkę nad główną arterią miasta. Kładka, z okrągłym wybiegiem na szczycie mogłaby być naturalną scenografią do "Czyż nie dobija się koni".

Mieszkańcy raczej chwalą swojego gospodarza. Przyjezdni, goście festiwalu Maskarada też byli zadowoleni, że czysto, że schludnie, że zwyczajnie ładnie. Kawiarnie przy rynku tętnią życiem. Dzieciaki radośnie ścigają się wokół ratusza. Sporo jest miejsc, gdzie można dobrze i niedrogo zjeść.

Organizatorzy festiwalu odbywającego się w Teatrze Maska zaprosili sporo niezłych grup z kraju i sąsiedniej zagranicy, czyli z Ukrainy i Czech. Monika Szela, szefowa teatru i festiwalu, zbudowała program, oparty na trzech filarach: spektakle dla najmłodszych, takich jeszcze raczkujących, w idiotyczny sposób nazywane w Polsce przedstawieniami dla "najnajów", spektakle animujące formę oraz nurt polityczny, z wybijającymi się w programie: "Putin na nartach" i "Czas matek". Po obu spektaklach zapełniał się klub festiwalowy, w którym przy okrągłym stole rozmawiałem z artystami.

W Rzeszowie chodziłem do liceum, dorastałem. W Rzeszowie zrobiłem pierwsze pół litra, pierwszy raz się całowałem, dostałem pierwszy mandat. W Rzeszowie gdziekolwiek się nie obrócę, wracają wspomnienia związane z nastoletnią płcią piękną ale też te chuligańskie. Zabawnie spaceruje się z ważnym gościem festiwalu obok sadzawki, w której kapałem się piętnaście lat temu, czy podziwia pomnik, na który się kiedyś wspiąłem po licealnej imprezie. Znacie to uczucie? Zażenowania ale i takiej słodkiej tajemnicy. No, teraz już mniej tajemnicy, bo dzielę się tymi małymi skandalikami.

Rzeszów przez wiele lat stanowił teatralną prowincję i to nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Z Teatru im. Siemaszkowej niegdysiejszy dyrektor Zbigniew Rybka stworzył prywatny folwark, wyspę polinezyjskiego kacyka. Charakterem kameleona potrafił układać się z każdą władzą, byle zostać na stanowisku. Produkował (to najdelikatniejsze słowo) rechotliwe farsidła i mdławe lekturowe składanki, po których już żaden uczeń nie przyszedł nigdy do "Siemaszek". A Teatr Maska? Trwał, gdzieś na uboczu. Potem w Masce zaczęli pojawiać się coraz młodsi dyrektorzy, powstał festiwal Maskarada, powstał też festiwal Źródła pamięci. Szajna-Grotowski-Kantor. Oba dotowane przez Ministerstwo Kultury, oba podnoszące ten region na teatralnej mapie kraju. Dodatkowo, w Siemaszkowej odbywa się festiwal scenografii. Coś się w Rzeszowie ruszyło.

Niewielki problem jest jedynie z publicznością. Nauczycielki pytają dzieci na lekcjach czy wolą pójść do kina czy do teatru. Nasycona lemingowata publiczność pragnie zarechotać na komedii. Wydaje mi się, że adresatem repertuaru Maski powinna stać się młodzież oraz studenci. Bo Maska szuka na razie swojego profilu artystycznego. Powstała Scena dla Dorosłych, na niej raz w tygodniu grane są wieczorne spektakle. Ambitny to pomysł, któremu bardzo kibicuję. Publiczność w Rzeszowie dopiero uczy się czym jest współczesny teatr. Miałem poczucie, że widzowie bardzo chcą się dowiedzieć, są otwarci. Spotkaniu z Ewą Wójciak nie skończyło się na pyskówce ale odbywało się w atmosferze wzajemnego słuchaniu i próbie zrozumienia adwersarza. Zaimponowało mi to. Gorzej było na Rynku, gdzie artyści Teatru Ósmego Dnia grali "Czas matek", otoczeni sobotnimi klientami upijającymi się w ogródkach piwnych. Tłumy nie zainteresowane ważnym, linearnym, prostym w sumie spektaklem w dość spektakularnej formie. Na murach okalających rynek kamienic wyświetlano liczby ofiar wojen światowych. W pewnym momencie projektor skierowano na balkon pięciogwiazdkowego hotelu, na którym rozbawiona grupa długonogich panien i przystojnych mężczyzn stukała się lampkami szampana. Bal u Senatora.

Rzeszów jest niejednorodny. W barze Markowianka pod tajemniczą kiszką kryje się prymitywna kaszanka lądująca nam na talerzach. Sprzedawczyni jest niemiła dla mnie i dla A., coś tam odburknie, że rosół z kaczki to tylko w niedziele, i że już zamykają i wody z cytryną mi nie poda. Bo nie. Innego dnia nozdrza chłoną zapachy dań kuchni greckiej, nadziewanych papryczek chilli i zapiekanki z pysznym sosem. Zresztą knajpa na Jagiellońskiej sąsiaduje ze starą restauracją, w której wypiłem pierwszy Leżajsk. Po Rzeszowie chodzę jak w malignie, ocieram się o mury dobrze znanych budynków, niucham zapachy kawiarni, zaglądam na podwórka, czy aby wciąż nie stoi tam jakaś parka w objęciach.

Maskarada trwała tydzień. Przewinęło się sporo znajomych, polały się litry piwa, w planach jest parę wspólnych projektów. Zobaczyłem kilka świetnych przedstawień. Do Rzeszowa wracam już za półtora miesiąca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz