niedziela, 5 maja 2013

Felieton: Poznańskie Jeżyce


Świetny to pomysł, by ze sceny opowiadać historie miejsca, w którym teatr jest położony. Wygrywał na tej idei Jacek Głomb w Legnicy, Piotr Kruszczyński w Wałbrzychu. Kruszczyński postanowił przenieść zamysł do Poznania i oto każdego miesiąca dostajemy kolejny odcinek serialu teatralnego "Jeżyce story. Posłuchaj miasta!"

Tak, rzecz jest o tej dzielnicy uwznioślanej w powieściach Małgorzaty Musierowicz. Nawiązań do tej popularnej niegdyś, pośród dorastających dziewcząt sagi powieściowej "Jeżycjada", nie ma tu jednak żadnych.

Ostatniego dnia kwietnia postanowiłem wybrać się do Teatru Nowego na najnowszy odcinek - "Gracze". Wcześniej widziałem "Buntowników" i "Lokatorów". "Buntownicy" to kilka historii mieszkańców, zagranych w identycznej, raczej prostej scenografii. Pośród opowieści wybija się historia dzieciaka, który wyniósł się z zatęchłego podwórka, czyli rapera Peji. W "Graczach" nie ma wielkiej literatury. Słuchamy historyjek, raczej smutnych, przykładowo tej o nałogowym graczu. O tym, jak kłamał, udawał, że nie jest w nałogu, jak rozpadały się więzy rodzinne. Taki reportaż z "Dużego formatu". Ciekawy.

Pamiętam, jak będąc uczniem ostatniej klasy szkoły podstawowej, postanowiłem wystartować w olimpiadzie z języka polskiego. By przejść do trzeciego, wojewódzkiego etapu, musiałem przeczytać pięć powieści autorstwa Musierowicz. Pamiętam, że potwornie się męczyłem czytając o perypetiach rodziny Borejków. To, co podobało mi się w tym cyklu i co dziś z niego pamiętam, to barwne opisy Jeżyc. Z wielką chęcią wybrałem się więc na peregrynację dzielnicy, miałem sporo czasu przed przedstawieniem. Spacerowałem ulicą Dąbrowskiego, doszedłem do Rynku Jeżyckiego, zapuściłem się w stare podwórka. Na rynku zachwyca zapach kwiatów, sprzedawanych tam z niemal każdego stoiska. O tej porze roku dumnie prężą się główki szparagów, panuje gwar, rozmowy - tu czas się zatrzymał. Zachwycają fasady starych poznańskich kamienic, budowanych przez majętnych przemysłowców. Przykre jedynie, że tych śladów dawnej świetności pozostało już tak niewiele. Stare kino Rialto otaczają siedziby banków i salony telefonii komórkowych. No, ale tak jest niemal wszędzie, więc co tu narzekać.

Roman Pawłowski napisał jeden świetny odcinek, ten o lokatorach. Z zacięciem społecznym, wrażliwością na problemy mieszkańców starych kamienic, z ciągle zmieniającymi się właścicielami budynków. O bezrozumnym wyłączaniu prądu, zakręcaniu wody, chęci wykurzenia starszych osób. Opowiedział w kilku błyskach, przedstawił kilka opowieści, ot choćby studenta, wynajmującego mieszkanie. Pomysł na konstrukcję tych comiesięcznych spektakli jest dość prosty. Dramaturg i aktorzy spotykają się z mieszkańcami dzielnicy, słuchają ich opowieści, podejrzewam, że je nagrywają. Następnie Pawłowski wraz z reżyserem spektakli, Marcinem Wierzchowskim, spisują i redagują nagrany materiał. Taka typowa praca "verbatim". Niewiele jest więc na scenie interakcji między bohaterami, to raczej zbiór historyjek, nieraz wzruszających, dających jakiś obraz dzielnicy.

Polski teatr niebezpiecznie przesuwa się w stronę jednej, performatywnej estetyki, spektakli tworzonych na scenie metodą improwizacji. Ten typ reżyserskich rynsztoków świadomości jest coraz mocniej promowany, ma swoich dziennikarskich apologetów, wybaczających nawet największe sceniczne bzdury. Źle by było, gdybyśmy tylko takie spektakle mieli w przyszłości oglądać w teatrach oraz mieszczańskie komedie i farsy. A teatr przecież tym piękniejszy im więcej ma barw, odcieni, poetyk. Cieszy więc, że zupełnie inny rodzaj teatru, pączkujący z reportażu, z dokumentu znalazł swój port w Poznaniu. Mocno mu kibicuję. Następny odcinek jeżyckiego cyklu ma tytuł "Miasto kobiet" i jest w próbach. Trzymam kciuki!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz