piątek, 24 maja 2013

Felieton: Kibbutz

Shani Cohen w "If At All"


Shani mówi, że kibuc już nie jest taki, jak dawniej. Przestał być komuną, nastała własność prywatna, podskoczyły ceny. Rzeczywiście, w miejscowej kawiarni piwo kosztuje osiemnaście złotych. Shani Cohen jest tancerką, od dziewięciu lat mieszka w kibucu, od pięciu w zespole Kibbutz Contemporary Dance Company. Jej taniec podziwiałem w ostatnią niedzielę w Tel Awiwie ("If At All") i w środę, tu w kibucu, podczas pokazów spektakli w reżyserii Rami Be'er.

By obejrzeć prapremierę przedstawienia "Undivided Void", które po raz pierwszy pokazywane będzie dopiero za tydzień w Jerozolimie, pojechałem z M. do kibucu Ga'aton - siedziby KCDC. Po drodze, w autobusie spotkaliśmy anegdotyczną młodą lekarkę, która pracuje w Nahariya, a mieszka w kibucu. Jak to, myślę, to oni nie pracują tam, na miejscu? Muszą wyjeżdżać do pracy? Na miejscu okazuje się, że z idei kibucu pozostała dziś już tylko nazwa. Ga'aton to mała wioska, położona na wzgórzu, nocą oświetlona latarniami, z małymi ścieżkami wewnątrz. Taki park z maleńkimi zabudowaniami. Przy wjeździe stoi ochrona, ale nas jakoś specjalnie nie sprawdzali. A izraelscy mundurowi potrafią detalicznie przetrzepać bagaż, o czym przekonaliśmy się przed wejściem do historycznego więzienia w Akce. Każda nitka w śpiworze została zbadana, każda para majtek skrupulatnie przejrzana.

Z dawnych kibucowych czasów pozostała w mieszkańcach idea, że przecież nic złego w kibucu nie może się przydarzyć. I tak, przed wejściem na widownię, plecaki kazano nam zostawić w miejscu publicznym. Bo przecież nic się im nie stanie, to jest kibuc. Rozłożyliśmy namiot na równo wykoszonym wielkim trawniku pośrodku osiedla. Nie ma co zamykać namiotu, bo nikt was nie okradnie, to kibuc - mówi Shani. Naprzeciwko trawnika stoi spory jasnoszary budynek. Drzwi ma otwarte, nocą można wejść i się umyć. Kiedyś, gdy kibuc był jeszcze kibucem mieściła się tu wspólna jadalnia. Dziś odbywają się warsztaty i zajęcia młodszej grupy KCDC. Dziś popołudniu idziemy obejrzeć ich przedstawienie.

Oba, obejrzane przez nas przedstawienia KCDC wyróżnia niezwykła precyzja wykonania. W obu gra piętnastu tancerzy, każdy z nich tańczy na niebywale wysokim poziomie. Be'er tworzy sceny jak obrazy, metodą napięć, przepływu energii. Trochę jak malarz abstrakcjonista. Powiedziałem Shani, że marzy mi się, obejrzeć ich spektakle z góry, gdyż mogą wyglądać jak ruchome obrazy Miró. W każdym punkcie płótna wytwarza się swoista energia, kontrast do reszty obrazu. Charakterystycznie budowane są też przebiegi serii scen. Po grupowych najczęściej oglądamy duet. Istotną rolę pełni muzyka, często połamana, pełna szmerów. Polscy aktorzy mogliby się wiele nauczyć od izraelskich tancerzy, choćby umiejętności wejścia na scenę. Dynamicznego, mocnego wkroczenia lub lekkiego, delikatnego wbiegnięcia, wpełzania, wślizgnięcia się. Po ich wejściach wiem, jakie emocje tancerz wnosi w pierwszym ruch z kulisy na scenę.

"Undivided Void" jest jeszcze chropowaty. Jeszcze tancerze ukradkiem zerkają jeden na drugiego, by wejść w odpowiednim momencie, dołączyć do synchronu, lub z niego odpaść we własny, indywidualny ruch. Sporo jest partnerowania, ale takiego jeszcze na wytężonej uwadze, czuć że oglądamy świeży spektakl, w zasadzie work in progress. Sporo jest też ironii. W tle sceny stoi parawan z ekranem, takim rodem z włoskiej lalkowej dell'arte. Prosty, czarny, z wyciętym pośrodku prostokątem. Ukazują się w nim poszczególne fragmenty ciała, następnie aktorka przeżywa arię operowej diwy, ekstatycznie rzucając się po tym wycinku przestrzeni. Choreografia trwa siedemdziesiąt pięć minut. Zaczyna się na pustej scenie, po bokach ustawiono stojaki z rozpalonymi reflektorami, po kilka na jednym. Na horyzoncie sceny rozgardiasz, zbiorowisko kartonów, skrzyń do transportu scenografii, wieszaków - takie kulisy teatru. Reżyser celowo otworzył przestrzeń, byśmy aktorów, po zejściu ze sceny mogli oglądać prywatnie, jak spacerują, przygotowują się do ponownego wejścia. Mniej więcej od połowy przedstawienia techniczni zaczynają budować scenografię, otaczać scenę wysokimi, drewnianymi prostokątami. Słyszymy pracę udarowych wkrętaków, śrubokrętów, oglądamy jak buduje się teatr. Aktorzy w tym czasie tańczą, nie zwracają uwagi na zmiany. W ich tańcu sporo jest napięć, walki o przestrzeń, negacji wobec teatralności, rozumianej potocznie. Takich świadomych, celowych zaprzeczeń. Tancerze wchodzą tyłem, pełzają jak robaki, wiją się, uderzają pięściami w ręce. Wykonują ruchy zaprzeczający początkowym intencjom.

Na ławkę, naprzeciwko placu zabaw, gdzie piszę ten felieton, wskoczył szary kot. Łasi się do nóg, ociera, przymila. Może dowiedział się od ziomków, że na śniadanie dzielę się sardynkami, przysmakiem miejscowych kotów. Częstuję tym, co mam. Jak to w kibucu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz