czwartek, 23 maja 2013

"Exterminator" w reż. Aldony Figury z Teatru Na Woli recenzuje Paulina Sygnatowicz

Fot. Krzysztof Bieliński



DEATH METAL BEZ ŻYCIA

Exterminator” Teatru na Woli to znakomita muzyczna uczta. Niestety tylko muzyczna. A szkoda. Bo tekst Przemka Jurka „Kochanowo i okolice” ma wszelkie podstawy, aby stworzyć z niego ważny i pełen emocji spektakl.
Marceli, Makar, Jaromir i Lizzy, przyjaciele od podstawówki, co piątek spotykają się w domu kultury, by „szarpać struny grając death metal”. Tworzą zespół Exterminator. Kiedyś marzyli o rockowej karierze, dziś pracują w lokalnej bibliotece, aby spłacić kredyt we frankach, prowadzą własną działalność gospodarczą, aby utrzymać żonę i dwójkę dzieci, albo z braku lepszych perspektyw niż praca w tartaku po prostu palą zioło. Gdy pojawia się szansa zgarnięcia unijnego stypendium na nagranie płyty, idą na kompromisy występując na lokalnych festynach, gdzie prezentują coraz bardziej rozrywkowy repertuar: od Kobranocki po Jerzego Połomskiego.
Reżyserka, Aldona Figura do spektaklu zatrudniła aktorów, którzy poza teatrem z powodzeniem mogliby tworzyć rockowy zespół (Paweł Domagała na co dzień gra, śpiewa i komponuje w zespole Ginger), każąc im dać popis umiejętności gry na perkusji i gitarach elektrycznych. Z tego zadania wywiązują się na szóstkę z plusem. Z zadań aktorskich nie wywiązują się niestety w ogóle. Być może dlatego, że takie nie zostały przed nimi po prostu postawione („Ja tak naprawdę jestem tylko od tego, żeby czuwać nad całością i żeby spektakl był zrozumiały dla widza” – mówiła w wywiadzie przed premierą reżyserka). W efekcie brakuje emocji (jak choćby w scenie, w której żona Marcelego zarzuca mu tchórzostwo w realizowaniu marzeń, chwilę po tym jak ten przyznaje, że rodzina była dla niego ważniejsza niż muzyczna kariera) i wyrazistych postaci. Przymknięte oczy i rozczochrana, spocona grzywka Kamila Sigmunda portretującego w ten sposób wiecznie naćpanego Makara to zbyt banalne środki wyrazu, podobnie jak okulary na nosie (atrybut pani psycholog) Agaty Wątróbskiej, która w beznamiętny sposób gra żonę jednego z bohaterów. Przemysław Kosiński, w roli wybuchowego perkusisty jak mantrę powtarzającego swoje ulubione powiedzenie, na tym tle wypada najbarwniej i najbardziej wiarygodnie.
Dialogi w wielu miejscach po prostu szeleszczą papierem. I nie zawsze jest to wina jedynie aktorów. Skrótowa dramaturgia Piotra Rowickiego sprawia wrażenie tworzonej na kolanie. Rowicki i Figura zaledwie szkicują to, co w tekście Pawła Jurka wydaje się najistotniejsze. „Kochanowo i okolice” stawia bowiem pytania, o to czy można realizować swoje pasje chodząc na kompromisy? Czy odpowiedzialne, dorosłe życie musi być równoznaczne z porzuceniem młodzieńczych marzeń? I pokazuje, że połączenie polityki z kulturą to zawsze niebezpieczny związek, ale czy w małej miejscowości, w której wójt zna wszystkich osobiście można sobie pozwolić na artystyczną niezależność?
Aldona Figura po „Kochanowo i okolice” sięgnęła już po raz drugi (pierwszą wersję spektaklu wystawiła w 2010 roku w Teatrze Powszechnym w Łodzi). Pozostaje mieć nadzieję, że po tekst sięgną również inni reżyserzy: ci pracujący w teatrach niezależnych i ci, tworzący na tak zwanej prowincji. Być może oni, filtrując ten tekst przez swoje doświadczenia będą w stanie wydobyć z niego to, co najistotniejsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz