wtorek, 30 kwietnia 2013

„Poper. Komedia z piosenkami” reż. Ana Nowicka, Teatr Nowy w Poznaniu

fot. materiały promocyjne teatru


Taka scena: zakochany Poper wchodzi do pokoju młodego małżeństwa z bukietem kwiatów. Zastaje ukochaną Szwarciskę w łóżku, w sytuacji niedwuznacznie miłosnej. To jedna z początkowych scen poznańskiego przedstawienia. Zdolny, czujny reżyser wzmocniłby tu odniesienie do „Wujaszka Wani”, do słynnej sceny w której Wojnicki z bukietem zastaje ukochaną Helenę z Astrowem w objęciach. Takich momentów sztuki, niestety kompletnie niewykorzystanych przez Anę Nowicką – reżyserkę jest tu sporo. Jakby „pomroczność jasna” przysłoniła jej rzecz fundamentalną, że „Poper. Komedia z piosenkami” to dzisiejszy „Wujaszek Wania”.

Oglądałem ten spektakl ponad rok po premierze, naiwnie myśląc, że to wystarczający czas, by się zgrać, by dograć role, detale, słowem, by realizacja Nowickiej stała się płynna. Zawiodłem się, choć nie uważam tego spektaklu za zupełnie nieudany. Inaczej: nie uważam, by reżyserka i aktorzy aż tak bardzo zaszkodzili temu świetnemu dramatowi. Bo przecież ze sceny wybrzmiało to wszystko, co jest tak charakterystyczne dla Hanocha Levina: ten krzyk rozpaczy o uczucia, ukazanie pustki bohaterów, gorzkie rysowanie postaci. Tu, jak u Czechowa, nie ma ludzi inteligentnych, ani mądrych, nawet życiowo.

Szwarcowie mieszkają po sąsiedzku z głównym bohaterem. Podstawowe wyposażenie pokoi w obu mieszkaniach stanowi łóżko. Bodaj Amos Oz pisał, że w życiu człowieka najważniejsze są wygodne buty i wygodne łóżko, w nich bowiem spędza najwięcej czasu. Poper (Mirosław Kropielnicki) który, jak wspomniałem, od lat podkochuje się w Szwarcisce (Daniela Popławska), jest obecnie mężczyzną w średnim wieku. Nic, prócz wkraczania w problemy sąsiadów go nie interesuje. Bezinteresownie stara się im pomagać, w najbardziej nawet błahych problemach. Jego jedyny kumpel Kac (Łukasz Mazurek) dogaduje się z miejscową dziwką, by wyszła za Popera. Obiecuje jej sporą sumę za to małżeństwo, kłamiąc, że przyszły mąż jest schorowany i niedługo umrze. Para wiąże się. Niestety nie ma w przedstawieniu obecnego w tekście Levina poczucia, że nic z małżeństwa nie wyjdzie, że oto spotkali się „wydrążeni ludzie”. Nie ma tej świadomości obu stron że idą na zatracenie. Czegoś, co charakteryzowało na przykład film „Zostawić Las Vegas”, w którym spotkali się alkoholik i prostytutka. Pamiętacie Państwo ten ból, ten ciężar, który nieśli i to ich mocne uczucie które na tle ciemnych, bolesnych scen tym mocniej wybrzmiało?

Kulpa (Dorota Abbe) niebawem postanawia odejść, porzucić Popera. Nie jest w stanie zmienić ulicy na ciepło łóżka i domowych pieleszy. Wychowana do kurwienia się, zwyczajnie nie potrafi porzucić nałogu. Jak alkoholik ze wspomnianego filmu Figgisa. Popera zabija Szwarc (Paweł Binkowski). Dosłownie. Chwilę wcześniej siedzi przy jego łóżku, coś tam powie, coś skomentuje. Wychodzi scena zupełnie pozbawiona siły. A najważniejsza to ze scen.

Bo w przedstawieniu najbardziej szwankuje aktorstwo. Tak, jakby aktorzy nie otrzymali, lub nie zrozumieli prostego komunikatu, że każda postać w tej sztuce nosi ładunek bólu i niezrealizowania. Nieszczęścia. Kulpa gra prostytutkę „po prostu”, poruszającą się charakterystycznym krokiem. Nie ma złamania tej postaci, kontry. Gdy wchodzi do pokoju przebrana, w zwykłej, już nie jaskrawej sukience, a takiej by spodobać się przyszłemu mężowi idzie tak samo, taką samą ma minę, gestykulację. Gdy waha się czy pójść ze Szwarcem do łóżka za pieniądze, które ten jej proponuje, to wielkiego dramatu nie przeżywa. Nic nie przeżywa. Podobnie inne postaci.

Przedstawienie broni się warstwą muzyczną, świetnymi kompozycjami i słowami piosenek, dobrze interpretowanymi przez aktorów. Komentującymi akcję sceniczną. Ta muzyczność spektaklu, te klezmerskie dźwięki stanowią pewien oddech, wprowadzają powietrze, humor (piosenka o kozie w nosie), czy w lekkiej formie opowiadają o ciężkich problemach piątki postaci.

Nowicka próbowała raz jeszcze zagrać pomysłem, sprawdzonym w krakowskim Teatrze Barakah. Na scence, w piwnicy żydowskiej restauracji na Kazimierzu wystawiła kilka lat temu „Szyca” Hanocha Levina. Wówczas pomógł laboratoryjny charakter pracy, świetni aktorzy, bliski kontakt z widownią, otaczająca przestrzeń gry. I najważniejsze: zrozumienie tematu sztuki. Tu, w Poznaniu jakby tego zabrakło. A szkoda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz