poniedziałek, 15 kwietnia 2013

"Poczet Królów Polskich", reż. Krzysztof Garbaczewski, Stary Teatr w Krakowie



Krzychu, kocham Cię!

Szukam po znajomych jakiej wtyki w filmie. Jakiegoś producenta, kierownika, może dyrektora wytwórni filmowej. Może być mała wytwórnia, niekomercyjna. Taka nawet lepiej. Mam dla wytwórni reżysera. Rokującego! Facet rozminął się z powołaniem, a bardzo chciałby kręcić filmy. Zamiast wprost mi powiedzieć, napisać „słuchaj stary, chcę do filmu”, to on daje mi wskazówki ze sceny, oczko puszcza. W kolejnym już spektaklu rozpina na całej scenie ekran. To pewnie dla mnie Krzysiek Garbaczewski „rozpina”. Zrozumiałem, „aluzju poniał”. „Że ja już dość mam teatru, nie chcę tu”, komunikuje mi Krzych. „Mało płacą, aktorzy rzucają rolami, kilkunastu w Starym Teatrze, to bym już robić filmy wolał”. Zatem, kto tam ma jakiś znajomków, proszę o info. Przetransferujmy Krzycha do kina eksperymentalnego. Swój chłop na swoim miejscu. Będzie sobie można pooglądać produkcje w salce Centrum Sztuki Współczesnej.

Widownia wypełniona tak w trzydziestu procentach. To nic, że weekend, że trzy tygodnie od premiery. Sam zachęcałem z pięciu znajomych, szarpałem za rękaw, żeby poszli. Nikt nie chciał. Myślę sobie, nie znają się, nie wiedzą co to dotknąć tajemnicy wielkiej sztuki, inteligentnych dialogów, celnych puent płynących ze sceny, pardon z ekranu. By jednak obejrzeć tego dnia jakieś przedstawienie, przed PKP („Poczet Królów Polskich”), wybrałem się na „Odprawę posłów greckich” Michała Zadary. Tam role były. I dekoracje, i intencje postaci były nawet i aktorzy świetnie czujący się w tym arcytrudnym tekście. I przesłanie i w ogóle jakoś tak przewietrzył Michał ten stary dramat. Nuda straszna i zatęchły, jak określa Mrozek (Mrozek – taki recenzent, nie mylić ze starodawnym, zapomnianym dramatopisarzem) – „fabularny, a fe! teatr”. „Odprawa posłów...” trwała godzinkę z haczykiem, po której w podskokach przebiegłem przez krakowski Rynek (w radosnych podskokach), by jak Filip z konopi, czym prędzej na Starowiślną, po dwa schodki hyc, hyc, na salkę z ekranem. Poliki ciepłem buchają, lico czerwienieje, broda rozedrgana z podniecenia. Zaczyna się!

Jakieś nóżki w butkach odziane pod ekranem. W sumie, myślę, fajny bajer ten ekran i zastanawiam się, po co w ogolę zza niego wychodzi Błażej Peszek i Roman Gancarczyk (obaj z radością musieli biec za mną przez Rynek, bo grali też w „Odprawie...”). Akcja przyspiesza. Co też tam się nie dzieje na scenie! Ubaw po pachwiny, chichotów tylko na widowni trochę mało. Za mną cztery piskliwe studentki jakiejś filologii że takie TO zabawne, że aktorzy tacy przystojni i ładniusie, cacy serce bijące w tle. Zastanawiam się, czyje to serce wielgachne takie bije podwieszone przez zdolnego scenografa? Jakiegoś krytyka może, co to gównem obsmarował? Boję się, że moje, że bez serca TO oglądam. Piszę TO, bo nie spektakl przecież widzę, a jakąś sympatyczną całkiem pierwszą próbę stolikową opartą o tekst pisany w busie krótkiej relacji, takim do Bochni. Zresztą przez czwórkę autorów pisany. Każdy po fragmencie? Czy ktoś tam dialogi a Cecko co smaczniejsze kawałki detektywistyczne? Fajnie ma ten Cecko, myślę.

Krótko o fabule. Fabułę TEGO otwiera całkiem śmieszny pomysł. Oto Hans Frank wprowadził się na Wawel wraz z kobietą swą Marią Brigitte, pozdzierał arrasy i pochował. Gromadka królów budzi z się z krypt i dawaj, odbijać arrasy. Tyle pomysłu na dwuipółgodzinne przedstawienie. Potem już improwizacje. Ale jakie! Pyszne! Gniewne gadania Hansa, jakieś torturki Jan I Olbrachta (w tej cudnej roli Błażej Peszek właśnie). Pomyślałem nawet, czy by nie wstać i nie przejść tam do nich za ekran na te torturki zadawane przez Hansa. Też się powygłupiać troszkę, tak półprywatnie jak aktorzy, bo za ekranem to co kto chce może mówić. Ja bym coś ładnego chciał powiedzieć: wiersz Tuwima na przykład, albo przeczytać z pół sceny „Niewolnic z Pipidówki” Bałuckiego. I w doborowym towarzystwie można by posiedzieć: Zostali Zawadzki, Zarzecki, Ojrzyńska, bo co bardziej znamienici aktorzy odeszli z TEGO na etapie prób. Nie znali się.

No i wyszło na laurkę. To może nie pozbywajmy się Krzyśka z teatru, niech nam świat filmu zazdrości samorodnego talentu. Niech wrażliwością swą zarażający, tak wiele ze sceny mający do przekazania Krzyś pozostanie w teatrze. My się dalej będziemy zachwycać. Nie, nie uda mi się tej emocji powstrzymać, po „PKP”, po obejrzeniu TEGO, co pary w płucach krzyknąć chcę: Kocham cię Krzyśku! Ciebie i Twój teatr.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz