sobota, 13 kwietnia 2013

"Otello", reż. Paweł Szkotak, Teatr Polski w Poznaniu

fot. Krzysztof Bieliński


To nie jest zły spektakl. Ale im więcej czasu mija od wieczoru, podczas którego go oglądałem, czwarty dzień dokładnie, tym większy odczuwam niedosyt. Paweł Szkotak, rozbudził we mnie chęć oglądania dramaturgii Szekspira w jego interpretacjach, po tym, jak w zeszłym roku obejrzałem „Kim jest ten człowiek we krwi” Teatru Biuro Podróży. Ostra, gorzka, konkretna, bezkompromisowa realizacja. Brutalna prawda o dyktatorach opowiedziana ze sceny, o chorobie ekstremizmów. Te wiedźmy w burkach, pomykające na szczudłach, to przyjęcie wojsk przez Makbeta, ten Banko. Szkotak pokazał, że ma nosa do ujawniania zaklętych w szekspirowskich słowach dramatów ludzkich. Ma nosa do przełożenia ich na dzisiejszą wrażliwość, wykreowania z nich tematów politycznych.

No właśnie. W „Otellu” nie ma nawet połowy tego. Jest delikatniej, jakby reżyser stępionym ostrzem ciął karty dramatu w tłumaczeniu Barańczaka. Brak wyraźnego powodu, dla jakiego ten „Otello” powstał. A przecież jest o czym opowiadać i nawet dotknięto tu konfliktu Orient – Zachód. Wojsko Otella pełni tak zwaną misję stabilizacyjną w którymś z islamskich ognisk zapalnych. Żołnierze spędzają czas bawiąc się w kantynie wojskowej, tańcząc, intrygując. Ich wódz: delikatny w gestach, spokojny w słowach, taki typ niby spokojny, a porywczy jednocześnie. Spodziewamy się wybuchu Otella już od pierwszych scen, w których grzeczny dla Brabantia (Wojciech Kalwat), zachowuje trzymaną na więzi złość na postronku. Gdy Brabantio prosi go, by podszedł, Otello stoi w miejscu, nie przyjmuje błogosławieństwa rodzica. Z kolei w jednej z końcowych scen, odprawienia Desdemony (Barbara Prokopowicz) z wyspy, pięścią uderza ją w twarz. Niespodziewanie. Taki pitbull, który atakuje bez wyszczerzenia zębów, bez sygnałów ostrzegawczych. Otello: wódz niezłomny, któremu ziarno trucizny zasiewa w głowie Iago (która to już świetna rola Michała Kalety?). Kaleta gra kaprala z amerykańskich filmów o Wietnamie, mającego posłuch pośród żołnierzy, wierzy mu też wódz. Pozornie prosty żołnierz Iago w poznańskim spektaklu to nie mądry, skrupulatnie wymyślający całą intrygę gracz. To kanalia, która chce doprowadzić wszelkimi metodami do rozstania Otella z Desdemoną. Iago to drań z zaburzoną psychiką. Seksualnie jest w stanie się spełnić, ubierając własną żonę w strój więźnia, onanizuje się, dotykając jej głowy. Upraszczając: Kaleta gra cynicznego sierżanta, a Borowski pseudointelektualistę, faceta ze Wschodu, próbującego zdusić swój temperament. Na tej dychotomii budowana jest główna linia tego spektaklu, to filar.

Podoba mi się, jak Szkotak rozwiązał emblematyczną scenę z „Otella”. Scenę uduszenia poduszką Desdemony, co jak wiadomo zagrane realistycznie mogłoby wzbudzić tylko politowanie. Na proscenium, na dużym łożu leży młoda żona władcy, budzi się, rozmawia z nim, zapewnia, że się mylił w jej ocenie, że nie miała romansu z Kasjem (Piotr B. Dąbrowski). A scena ta, to już obraz jego żony po śmierci, oglądamy sceny, które odbywają się w głowie porywczego władcy. Desdemona zaraz pada w tej samej pozycji na łózko, martwa, w progu staje Iago z Emilią (Barbara Krasińska). Reżyser zmienił zakończenie dramatu. Emilia tłumaczy zrozpaczonemu władcy, że wszystko jest nieprawdą, że historia z chustką przebiegała zgoła inaczej, że to ona ją znalazła. Iago, z kamienną twarzą, chłodno poświadcza tę wersję, smagając nią jak biczem po sercu Otella. Beznamiętnie zapewnia, że przedsięwziął tę intrygę, bo nie miał wyjścia.

Celne jest przetykanie przedstawienia pieśniami. Zwalniają akcję sceniczną, dają oddech widzom, poetyzują sceny. A skoro o detalach, to w precyzyjnej, funkcjonalnej scenografii nie bardzo wiem co robi tandetna tapeta z tyłu sceny, imitująca ściany z kamienia. Nie o to idzie jednak, by teraz drobiazgowo wypisać obecne w „Otellu” usterki. Zamiast o usterkach, warto tu natomiast wspomnieć, o wspaniałych rolach. Każdej, bez wyjątku. Miejscami podoba mi się koloryt Orientu zawarty w tym spektaklu. To nieporozumienie między kulturami, buta Amerykanów i traktowanie autochtonów „per noga”, łatwe wchodzenie w role panów. Chociaż, jak wspomniałem na początku, tych scen jest niewiele. W inscenizacji Pawła Szkotaka brakuje mi, może to paradoksalnie zabrzmi: brudów, inscenizacyjnych szmerów, niedopowiedzeń. Inaczej mówiąc, by rozumieć, że nadlatuje helikopter, nie musimy słyszeć huku, światło nie musi pulsować. Skulony Andrzej Szubski w roli Rodriga nie musi biec, gnać w burce do Iaga, coś tam mu szeptać, bym rozumiał, że coś knują. Zabrakło mi tej formalności, z której zresztą Szkotak skorzystał w pierwszej scenie przedstawienia, w której Brabantio budzony jest przez dwie postaci w maskach Obamy. Molestowany przez nie, wyśmiewany. Takich żartów i skrótów zabrakło mi w tym „Otellu”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz