sobota, 13 kwietnia 2013

"Odprawa posłów greckich", reż. Michał Zadara, Narodowy Stary Teatr w Krakowie

fot. materiały prasowe Narodowego Starego Teatru w Krakowie

No już tak po prostu mam, że lubię wybrać się na przedstawienie kilka lat po premierze. Sprawdzić, co się zmieniło, jak się rozłazi, jak zblazowani aktorzy snują się po scenie. Albo po raz pierwszy zobaczyć już takie „ucukrowane, uleżane”. Wczoraj, podejrzewając, że będę cierpiał wieczorne katusze (nie myliłem się) na szkicu Garbaczewskiego, postanowiłem wcześniej wybrać się na jakiś spektakl. Padło na „Odprawę posłów greckich” w reżyserii Michała Zadary. Premiera odbyła się ponad sześć lat temu.

Dzięki Zadarze ta trącąca myszką, upiorna szkolna lektura znów stała się komunikatywna. Aktorzy może niekiedy zbytnio szarżują w gestykulacji i hiperpoprawnej wymowie, tak jakby zwracali się do obcokrajowca. Nie dziwię się, rzadko przecież polskie teatry grają ten utwór. Fraza Kochanowskiego brzmi dla naszych aktorów ale i dla widzów obco. Sporo czasu musieli spędzić twórcy na szukaniu motywacji postaci, na zrozumieniu, co mówią, do kogo i dlaczego.

Widzów tej kameralnej realizacji usadzono na dużej scenie Starego Teatru. Na białym kwadracie, pośrodku, leży Kasandra (Barbara Wysocka). Prócz przepowiadania przyszłość, komentuje wydarzenia, jest takim tricksterem, filutem. A to ugryzie kogoś w nogę, a to sparodiuje wypowiedź, jej proroczy monolog na końcu spektaklu jest porywający. Zresztą, to chyba największe pozytywne zaskoczenie, że aktory postawili tak doskonałe, jak zwykli mawiać recenzenci „pełnokrwiste” role. To, co wyrabia Juliusz Chrząstowski w roli Posła, mało że zachwyca. Poraża. W słynnym monologu, zajmującym, jak pamiętacie sporą cześć dzieła, Chrząstowski wyrzuca na scenę cały sztafaż, cały kufer zdolności aktorskich. Na chwilę przysiada pośród widzów, zwraca się bezpośrednio do nich, parodiuje radców, od których wraca, dynamicznie zdaje relację z tego, jak wyglądały obrady. Oddać Helenę, czy zwrócić posłom greckim, dumali radcy. Gdybym był studentem UJ, to chodziłbym na ten spektakl wielokrotnie, dla tej roli. Aktor zakłada okulary, półprywatnie zwraca się do DJa, zapala papierosa, wcielając się w kolejnego radcę zakłada wąsy na gumce. Artefakty zmieniają go całkowicie, Chrząstowski moduluje głosem, zmienia postawę, ruch sceniczny. One man show, którego dawno nie widziałem w teatrze.

Pod koniec przedstawienia wnosi nagiego Więźnia (Andrzej Rozmus), Kasandra rozciera jego krew po bieli podłogi scenicznej. I tu ciekawa obserwacja. Siedziałem pośród dziewczynek z gimnazjum, ubranych w plisowane spódniczki i ciemne marynarki. Ładnie uczesane, zakrywały włosami twarz, spłonione uciekały wzrokiem od gołych pośladków aktora. Czemu piętnastolatki uciekają wzrokiem od gołego, ładnego męskiego tyłka? Płonie ich lico wstydem jakimś takim pierwszym, dziewczęcym. A przecież golizna otacza je, mają w domach MTV, gdzie wszyscy się jak zarzucano Adasiowi Miauczyńskiemu „gzą się i łajdaczą”. Przecież kapie erotyką w reklamach, na bilbordach. O co chodzi, pytam? Skąd to zawstydzone lico?

„Odprawa posłów greckich” to przykład teatru, który poważnie traktuje i tekst, jego przekaz, i widza. To rzadki przykład perfekcji wykonania niemal w każdym elemencie. Wykorzystanie rzędów foteli na widowni jak zasieków, przez które przebija się Poseł, wykorzystanie muzyki tworzonej na żywo z boku sceny przez Dominika Strycharskiego, doświadczonego muzyka eksperymentalnego. Podobnie scenografia, projekcje, świetnie ustawione światła. No i te role: Romana Gancarczyka, Błażeja Peszka i innych. Koncert, doskonały koncert gry aktorskiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz